POLECAMY
STRONA GŁÓWNA > POLECAMY

Tom Harrell – Roman Nights

Tom Harrell – trąbka
Danny Grissett – fortepian, fender
Rhodes Wayne Escoffery – saksofon tenorowy
Jonathan Blake – perkusja
Ugonna Okegwo – kontrabas

Roman Nights to trzeci album Harrella ze swoim zabójczym kwintetem. Light on (2007) i Prana Dance (2009) były zaskoczeniem i powrotem do wybitnie wyrafinowanej formy i onieśmielająco pięknych melodii. Czy i tym razem jest podobnie? Nie, jest jeszcze lepiej – panie i panowie oto jedna z najlepszych jazzowych płyt roku 2010.

Harrell konsekwentnie eksploruje możliwości swojego bandu; nie popadając w brzmieniowe eksperymenty i gatunkowe mezalianse jest wierny klasycznej pulsacji i aranżuje sprawdzonymi metodami. Siła jego muzyki tkwi w tym, co najważniejsze – w brawurowym wykonaniu i bogatej kompozycji.

Tematy są melodyjne; pozwalają muzykom na swobodne wędrówki bez zagrożenia opuszczenia ram utworu. Zespół jest równy i lojalny, trudno tu wskazać wybijającą się postać. Grissett za fortepianem to skarb; dynamiczny i czujny, skupiony na rytmie i harmonii (Let The Children Play), ale i wrażliwy partner umiejętnie wzbogacający dialog z liderem (Roman Nights). Podobnie, gdy siedząc za klawiaturą fendera przeistacza się w drugoplanowego malarza subtelnych pasteli (Harvest Song). Wayne Escoffery przywodzący na myśl Wayne Shortera frazuje jak stary wilk ujawniając młodego ducha w kontrolowanych przedęciach (Agua). Okegwo nie bije się z partnerami, robi swoje, trzymając się z dala od banału i rytmicznego pochodu. Umiejętnie szuka dźwięków i nie opuszcza niskich rejestrów. Blake na perkusji jest bezbłędny, kreuje kompozycje bez zbędnych ozdobników wystawiając niekiedy rockowy pazur. A Tom Harrell? – chyba nigdy nie brzmiał lepiej.

Roman Nights to manifest artystycznej dojrzałości człowieka, który nie bacząc na przeciwności losu i umysłu (Tom Harrell cierpi na schizofrenię) kreuje świat czarująco pięknych melodii i prawdziwych przyjaźni. To album, który nie szuka nowych horyzontów; zespół Harrella prezentuje stary wzór – mistrzostwo jazzowego grania i wzajemnego poszanowania.

RadioJAZZ.FM Poleca!
Łukasz Nitwiński
lukasz[małpa]radiojazz.fm

Jason Moran "Ten"

Jason Moran – fortepian
Tarus Mateen – gitara basowa
Nasheet Waits – perkusja

Jak pokazały praktycznie wszystkie jazzowe podsumowania, miniony rok miał jedną twarz: Jasona Morana. Nie tylko jego autorska płyta "Ten" triumfowała w zestawieniach niezliczoną ilość razy (m.in. NY Times, LA Times, JazzTimes, The Village Voice) ale w rankingu tego ostatniego płyty z udziałem młodego pianisty zajęły miejsca 1, 2, 4 i 10.

"TEN"

Płyta "Ten" czyli dziesięć, nazywa się tak dla uczczenia dekady wspólnego grania Morana, Mateena i Waitsa, a za razem jest to ich powrót do studia po ośmiu latach od "Black Star".

Okładka albumu "Ten" nawiązuje do prostych, oszczędnych wydań nagrań Blue Note sprzed lat. Zaprojektował ją Adam Pendelton. 10 kropek w ruchu, skierowanych w określonym kierunku. Z boku napis "Jason Moran". Bez zbędnych wariacji, nawet bez tytułu płyty.

Na krążku zaś 13 kompozycji. Jak na płytę "jubileuszową" przystało, istotną część albumu stanowią hołdy złożone wielkim nauczycielom Morana - Andrew Hillowi ("Play to live"), Theloniousowi Monkowi ("Crepuscule With Nellie") czy mniej znanemu kompozytorowi Conlonowi Arrowowi ("Study no. 6"), który jako jeden z pierwszych pisał utwory na pianolę, wykorzystując potencjał maszyny jako wykonawcy, w miejsce żywego pianisty. Poza tym na płycie znaleźć można temat z wspomnianego już filmu dokumentalnego "RFK in the Land of Apartheid", utwór napisany do przedstawienia baletowego ("Pas De Deux-Lines Ballet"), do tego znany z wcześniejszych albumów basquiat'owski "Gangsterism" a także garść zupełnie nowych kompozycji. Jak powiedział w jednym z wywiadów sam Moran o kluczu repertuarowym "Ten" "Czasami najlepiej jest po prostu grać".

Trudno do płyty tak obsypanej nagrodami nie podejść z wielkimi oczekiwaniami. Moran jednak nie stara się tu wcale wymyślić cudów. To rzeczywiście zbiór jego imponującego dorobku artystycznego i mapa muzycznych poszukiwań. Album jest wręcz zaskakująco przystępny i melodyjny, jednak pod tą powierzchnią znajduje się wirtuozeria i polot świetnie rozumiejących się muzyków.

Do tego Moran wie, że może sobie pozwolić np. na wstęp do utworu "Old Babies" wykonany przez niego na fortepianie oraz jego śpiewająco-podgadujące, niemówiące jeszcze bliźniaki.

Wydaje się, że topowi pianiści amerykańscy tacy jak Moran czy Vijay Iyer idą w pewien sposób podobną drogą - bardzo świadomi pochodzenia i historii muzyki improwizowanej (obaj są uczniami Andrew Hilla), przetwarzają ją, wzbogacając język jazzu o swój, czy to południowy akcent i miłość do hip hopu Morana czy to hinduskie korzenie i muzyczne dorastanie przy Michaelu Jacksonie Iyera. Na swoich płytach opowiadają jednak odrębne, osobiste, autobiograficzne historię.

RadioJAZZ.FM Poleca!
Kajetan Prochyra
kajtek[malpa]radiojazz.fm

Jan Bokszczanin "Komeda – Inspirations"

Jan Bokszczanin – organy
Paweł Gusnar – saksofon sopranowy i tenorowy
Grażyna Auguścik – śpiew
Ryszard Borowski – flet
Robert Majewski – trąbka
Tomasz Szukalski – saksofon tenorowy

Dziwna to płyta. Choć tematem i tytułową inspiracją jest muzyka Krzysztofa Komedy a dobór muzyków jak najbardziej jazzowy, trudno zaszufladkować album Jana Bokszczanina.

Jan Bokszczanin jest uznanym organistą i znawcą rosyjskiej muzyki organowej. Na koncie ma wiele płyt, koncertów a nawet dedykowanych mu współczesnych kompozycji. Tym razem postanowił podjąć wyzwanie jakim jest muzyka Krzysztofa Komedy. Do tego nietypowego przedsięwzięcia zaprosił Bokszczanin jazzową elitę:Grażyna Auguścik, Tomasza Szukalskiego, Roberta Majewskiego, Pawła Gusnara i Ryszarda Borowskiego.

Album otwiera przebój znany z filmu "Prawo i pięść" z Gustawem Holoubkiem w roli głównej. W oryginale wykonywał go Edmund Fetting, jednak sięgali po niego już Soyka, Nosowska, zespoły Raz dwa trzy i Strachy na Lachy a także Marcin Świetlicki i (fantastyczna wersja z programu War Songs) Mikołaj Trzaska. Na "Komeda – Inspirations" jest to duet Bokszczanina i Grażyny Auguścik. W pewnym momencie w tle "Nim wstanie dzień" pojawia się i trzeci bohater - deszcz, a może i grad, który przeszedł nad Warszawą w trakcie sesji nagraniowej.

Auguścik, wespół z Ryszardem Borowskim na flecie będą partnerować Bokszczaninowi jeszcze 3 razy: w "Nie jest źle", "Ja nie chcę spać" i "Kołysance Rosemary". Drugim zestawem towarzyszy tej podróży będą na saksofonach Paweł Gusnar i Robert Majewski na trąbce i flugelhornie. Wyzwanie stoi przed nimi nie małe: standardy jazzowe Komedy: "Ballad for Bernt", "Kattorna" i "Litania".

Na deser Tomasz Szukalski wykonuje z Bokszczaninem "Szarą kolędę". Repertuar uzupełniają jeszcze kompozycje innych autorów poświęcone Komedzie: Adama Sławińskieg "Komeda", Włodka Pawlika "Tribute to Komeda" i "KOMEDitAtion" Miłoszam Bembinowa.

Chociaż za aranżacje utworów odpowiedzialni są muzycy jazzowi tacy jak m.in. Krzysztof Herdzin czy Michał Lamża, trudno płycie "Komeda - Inspirations" przykleić jednoznaczną gatunkową łatkę. Dla mnie album Bokszczanina to koncert. Bardzo istotną rolę odgrywa w nim bowiem miejsce i przestrzeń, w której rozbrzmiewa muzyka - warszawski kościół Ewangelicko-Reformowany przy al. Solidarności. Każda nuta na tym albumie rezonuje, płynie. Komeda zwalnia, łagodnieje, staje się bardziej refleksyjny i liryczny niż jazzowy. Chyba nigdy wcześniej aż tak wielkiego nacisku nie położono na romantyczną, nostalgiczną i oniryczną stronę kompozycji Trzcińskiego. Nie dowiemy się co powiedziałby na to autor, którego 80te urodziny obchodzilibyśmy w kwietniu tego roku, jest to jednak interesujący muzyczny hołd i eksperyment.

RadioJAZZ.FM Poleca!

Kajetan Prochyra
kajtek[małpa]radiojazz.fm

Chris Lightcap's Bigmouth "Deluxe"

Chris Lightcap – kontrabas
Craig Taborn – fender rhodes
Gerald Cleaver – perkusja
Chris Cheek – saksofon tenorowy
Tony Malaby – saksofon tenorrowy
Andrew D'Angelo - saksofon altowy

Zarówno nastawione na awangardę rankingi europejskich blogerów jak i zupełnie mainstreamowe amerykańskie zestawienia Village Voice czy AllAboutJazz uznały, że miniony rok należał w dużej mierze do artystów związanych z wytwórnią Clean Feed. Albumy ze znakiem tego portugalskiego wydawnictwa, choć prawie nad Wisłą niedostępne, mają u nas coraz większe grono miłośników, by nie powiedzieć "wyznawców". Długo zastanawiałem się który tytuł z ich katalogu wybrać (na początek) na naszą płytę tygodnia. Fenomenalny koncert grupy Angles pt. "Epileptical West" czy też wielokrotnie oklaskiwany dwupłytowy album Adam Lane's Full Throttle Orchestra pt. "Ashcan Rantings". W końcu zdecydowałem się na papierek lakmusowy nowej amerykańskiej sceny jazzowej: Chris Lightcap's Bigmouth i album "Deluxe".

Dlaczego papierek lakmusowy?

Choć może nazwisko leadera - kontrabasisty Chrisa Lightcapa - nie budzi jeszcze zbyt wielu skojarzeń, to jego koledzy - Craig Taborn i Gerald Cleaver już powoli powinni. Pierwszy jest za oceanem nowym, choć już nie takim bardzo młodym, talentem jazzowego fortepianu (tradycyjnego a częściej elektrycznego). Miarą jego potencjału mogą być chociażby wspólne płyty z Roscoe Mitchellem (na ostatniej, "Far side", grał na klawiszach obok Vijay'a Iyera). W tym roku nakładem ECMu ukaże się jego pierwsza płyta solo.W międzyczasie pracuje z Tomaszem Stańko i jego nowym, arcyciekawym zespołem (jeden Fender-Rhodes Taborn, drugi Dominik Wania, Sławomir Kurkiewicz na kontrabasie, Joey Baron na perkusji i Stańko.. na trąbce). Gerald Cleaver to częsty towarzysz Taborna za zestawem perkusyjnym, ogromnie lubiany przez muzycznych cudownych szaleńców takich jak Marilyn Crispell, David Torn, Henry Threadgil czy William Parker.

Skład Bigomuth dominują jednak saksofony: dwa tenorowe - Chris'a Cheeka i Tony'ego Malaby'ego oraz alt Andrew D'Angelo. Pierwszy z nich pojawił się na przeszło 60 albumach, m.in. Paula Motiana czy Charlie Haden Liberation Music Orchestra. Wydał także trzy autorskie albumy dla Fresh Sound. Malaby to doświadczony muzyk, jedna z gwiazd Clean Feed, w minionym roku wydał studyjny i koncertowy album swojego trio Tamarindo z Williamem Parkerem na kontrabasie i Nasheetem Waitsem na bębnach (tym samym, z którym Maciej Obara nagrał album "Four").

Sam Lightcap grywał wcześniej z muzykami od Reginy Carter po Marca Ribota i Anthony Colemana.

Panowie w tym składzie wydali wcześniej album pod tytułem "Bigmouth" w ekstraklasie juniorów, czyli serii wydawniczej Fresh Sound New Talent (tej samej, w której dwa lata temu ukazał się krążek "Children's Episode" tria Piotra Wyleżoła). Obecnie jego zespół można usłyszeć w klubie "The Stone" Johna Zorna.

Zagęszczenie nazwisk, tytułów płyt i wydawnictw na jeden akapit jest oczywiście absurdalnie duże, z drugiej jednak strony kolejne odsłony wydawnicze Clean Feed zdają się zachęcać do googlowania i szukania wzajemnych muzycznych powiązań artystów. Portugalczycy przedstawiają fascynujący świat brzmień, absolutnie poza obiegiem głównego nurtu, odsłaniający prawdziwe muzyczne życie Nowego Jorku, USA, Europy i reszty świata...

Co znajdziemy na "Deluxe"?

Przede wszystkim melodie, bogate brzmienie i energię. Fantastycznie współbrzmi ze sobą sekcja rytmiczna wraz z organami Taborna wespół z trzema, raz przeplatającymi się raz przekrzykującymi a raz grającymi jak orkiestra saksofonami. Właściwie każdy utwór jest świetny - od otwierającego płytę elektrycznego, nu-jazzowego "Platform", przez kapitalną balladę "Silvertone", której ostatnia część to pierwszorzędny koncert na trzy saksofony, melodyjny "Ting", nastrojowy, oszczędny "Year of the Rooster" czy w zupełnie inny sposób nostaligiczny "The Clutch" lub improwizowany, krzykliwy "Fuzz".

Trudno jasno uznać kto nadaje ton tej małej orkiestrze, tak świetnie uzupełniają się ze sobą muzycy: czy to otwierający groovowym pochodem Lightcup z Cleaverem, czy elektryzujący Taborn, czy fenomenalni saksofoniści. Płyta jest z jednej strony bardzo łagodna, miła i przyjemna, z drugiej na każdym rogu czai się porządny jazzowy pazur. Album z charakterem.

RadioJAZZ.FM Poleca!
Kajetan Prochyra
kajtek[zawijacz]radiojazz.fm

Zimpel/Postaremczak/Wójciński/Szpura "HERA"

Wacław Zimpel – klarnet
Paweł Postaremczak – saksofon altowy i sopranowy
Ksawery Wójciński – kontrabas
Paweł Szpura – perkusja

To co dzieje się w głowie Wacława Zimpla i jego towarzyszy musi być fascynujące, skoro rejestracja ich muzycznego spotkania daje taki efekt! Album "Hera" to emocje, wirtuozeria, wielka muzyczna wyobraźnia, siła wspólnego grania, ogromna erudycja i inteligencja. Kolejny album klarnecisty jest jak spektakl teatralny, operowy albo taneczny. Muzyka, choć najwyższej próby, jest pretekstem do tego, co wydarza się w głowie jej odbiorcy.

Tytuły kolejnych ścieżek, jak stacje pielgrzymki – Monreale, Cefalu, Palermo, Segesta – to nazwy sycylijskich miast, w których znajdowały się świątynie bogini Hery – żony Zeusa, symbolu troski o rodzinę i wierność, za wszelką cenę. Całość płyty wypełnia dramaturgia emocji, uczuć, wariacji, nibanalnych muzycznych relacji, energia i finezja. Finał albumu – Sometimes I feel like a motherless child doskonale wieńczy to muzyczne przedstawienie.

Na płycie liturgiczna muzyka dawna z spotyka się z inspiracjami gospel. "Hera" to przede wszystkim nowoczesna, wielka improwizacja, świadoma tradycji free jazzu, w duchu trasnowych, mistycznych uniesień ojców gatunku, pełna błyskotliwej gry każdego z muzyków.

Koncepcja muzyczna Zimpla – świadomość korzeni zarówno kulturowych – teraz mitologia grecka, wcześniej na albumie "Passion" – Biblia – oraz muzycznych, gatunkowych tradycji, połączona z maestrią gry, kompozycji i współpracy zespołowej muzyków, to najlepsze co może współczesnej muzyce improwizowanej zaoferować Europa.

RadioJAZZ.FM Poleca!
Kajetan Prochyra
kajtek[małpa]radiojazz.fm

Medeski Martin & Wood "The Stone: Issue 4"

John Medeski - fortepian
Chris Wood - kontrabas
Billy Martin Perkusja

Masz ochotę na naprawdę świetną, akustyczną, energetyczną płytę? Chcesz odkryć mniej znane oblicze panów Medeskiego, Martina i Wooda i jednocześnie rozpocząć nowy rok od dobrego uczynku? Albo przynajmniej odrobinę polansować się wśród współ-jazz-fanów? Natychmiast zamawiaj The Stone Issue 4!

John Zorn nie jest chyba pierwszym nazwiskiem, które kojarzy się z dotychczasowym dorobkiem tria Medeski Martin and Wood. John - tak, ale Scofield! To z nim nagrali swoje, chyba najsłynniejsze płyty - "A go go" i "Out Lauder". Prawdziwi fani MMW przypomną jednak ich tzadikową płytę "Zaebos" - XI księgę Aniołów, lub koncerowy album "Tonic" nagrany w słynnym, nieistniejącym już nowojorskim klubie Zorna. Zornolodzy natomiast wyliczą co najmniej kilkanaście albumów ze znaczkiem tsade, na których czy to John Medeski na instrumentach klawiszowych, Chris Wood na kontrabasie czy Billy Martin na bębnach wspierali najróżniejsze tuzy nowojorskiej awangardy, głównie pod szyldem Radical Jewish Culture. The Stone: Issue 4 to jednak nieco inna historia.

The Stone nie jest klubem. Nie ma tam piwa, nie można palić, nie sprzedajemy tam niczego - oprócz muzyki. 100% pieniędzy z biletów idzie do artystów, którzy grają danego wieczoru. 100%. Z czego więc płacimy czynsz? Raz w miesiącu gramy koncert - rent-party. Dochód z tego jednego koncertu idzie na opłaty i czynsz. To stary zwyczaj z East Village, jeszcze z lat 40tych.

Istotną cechą The Stone jest też tryb kuratorski: jeden artysta zostaje kuratorem miesiąca i to on zaprasza muzyków, decyduje kto co i kiedy zagra. Ten model będzie działał wszędzie tam, gdzie jest wspólnota - gdzie są ludzie, którzy chcą słuchać muzyki.

John Zorn, Festiwal Kody, Lublin 2010

Oprócz rent-party, dla pozyskania środków finansowych na utrzymanie tego ośrodka twórczego, wydawane są płyty. Poprzednia "Issue 3" była dziełem tria John Zorn, Lourie Anderson i Lou Reed. Wcześniejszą nagrali razem Fred Frith i Chris Cutler. Na wydawniczy debiut The Stone sam zaprosił Zorn swoich wieloletnich muzycznych towarzyszy: Dave'a Douglasa, Mike'a Pattona, Billa Laswella, Roba Burgera i Bena Perowsky'ego.

Dochód ze sprzedaży albumów w całości zasila konto The Stone.

Numer 4 to krok w stronę łagodniej usposobionych fanów jazzu. Medeski, Martin i Wood serwują nam akustyczną, improwizowaną muzykę, która nierzadko porywa do tańca.

Nagrania - fenomenalnie zrealizowanego - dokonano na koncercie w Japonii. Słychać tu doskonale, że jest to spotkanie muzyków z publicznością a nie tylko utwory zakończone oklaskami.

Na krążek złożyło się 5 kompozycji, wśród których nie zabrakło hitów "Amber gris" czy "We are all conected" a nawet standardu Buda Powella "Buster Rides Again".

Muzycznie... Komplementować czy tym bardziej krytykować trio Medeski Martin i Wood to tak jak recenzować płyty Jarretta, Shortera czy innych wielkich muzyki. Są w kapitalnej formie a ich muzyczne pomysły, ścieżki wspólnych muzycznych poszukiwań i zabaw są nadal świetne i świeże. Wielką frajdą jest słuchanie ich na żywo i bez prądu: komputerów, sampli, przetworników - w czystej, stricte jazzowej postaci.

Nie jestem ani miłośnikiem fusion ani funky ani nawet groove zbytnio mnie nie rusza. Na tym krążku jest to wszystko i dużo więcej, a ja nie mogę przestać go słuchać.

RadioJAZZ.FM Poleca!

Kajetan Prochyra

kajtek(małpa)radiojazz.fm

Adam Pierończyk The Innocent Sorcerer

Adam Pierończyk - saksofon tenorowy i sopranowy
Gary Thomas - saksofon tenorowy
Nelson Veras - gitara
Anthony Cox - kontrabas
Łukasz Żyta - instrumenty perkusyjne/perkusja

 

W 1966r. po raz drugi odrzucono wniosek Krzysztofa Trzcińskiego o wpisanie go do Polskiego Związku Kompozytorów. Komisja w składzie: Witold Lutosławski (przewodniczący), Kazimierz Serocki, Hieronim Feicht i Kazimierz Sikorski chyba jednak delikatnie się myliła, bo ponad 44 lata po tej decyzji oraz 41 po śmierci Komedy jego kompozycje nadal są pełne magii, aktualne, a nieraz - jak w przypadku tej płyty - iskrzą świeżością.
Adam Pierończyk, który od paru lat zasiada w pierwszym rzędzie polskich saksofonistów jazzowych nagrał płytę z tematami Krzysztofa Komedy w swoich aranżacjach. Zabrał się za to 'bez pardonu', bez zbędnych uprzedzeń, a w dodatku bez pianisty w składzie!

Ciężko znaleźć jakieś ciemne strony tego krążka; począwszy od solidnego wydania po ostatni dźwięk Pierończyka w drugiej wersji Kattorny, mamy do czynienia ze znakomitą fuzją. Nie ma tu powielania, grania bez pomysłu, to nie kolejna wersja Komedy niewiele różniącą się od Komedy. To zupełnie inna muzyka. Choć tytuł sugeruje nam rok 1960 i film Andrzeja Wajdy, to muzycy nawet na chwilę nie oglądają się za siebie. Biorąc tematy z tamtych lat uciekają do przodu. Połączenie różnych pokoleń, różnych kultur, różnych temperamentów - to właśnie ta wyjątkowa fuzja. Leader posiada swój język muzyczny i nie zatraca go ani na chwilę. Tak jak powiedział Zbigniew Namysłowski: 'Więcej tu Pierończyka niż Komedy'. Wszystko przez niekonwencjonalną interpretację. Kompozycje Trzcińskiego są pretekstem, kanwą. Tutaj najważniejsze (i najbardziej błyskotliwe) są aranże, aranże, a poza tym także aranże.
Dodatkowo, saksofonista otoczony jest przez fantastycznych artystów. Wyróżnić należy dwie postacie: Łukasz Żyta jest tu bardziej perkusjonalistą niż perkusistą, na 'zabawkach' gra równie zawodowo jak na bębnach. Druga osoba to Anthony Cox, 'The Innocent Sorcerer' to nie pierwszy album na którym współpracuje on z Pierończykiem i mamy wielką nadzieję, że nie ostatni! Jeśli chodzi o instrumentarium (poza brakiem fortepianu) warto zwrócić uwagę na dodające smaku połączenia: gitary klasycznej z perkusjonaliami, dwóch bardzo różnych saksofonistów, zupełnie inaczej odczuwających twórczość Komedy, czy też na eksperymentalną grę Żyty na... maszynie do pisania.

Po ostatniej płycie kwartetu saksofonisty ('El Buscador') i wyżej opisanej 'nowości', nie ma już chyba wątpliwości w jaką stronę zmierza Adam Pierończyk. Mamy w naszych muzycznych szeregach oryginalnego, doświadczonego, świetnego technicznie i ciągle kreatywnego artystę. Czekamy na więcej!

RadioJAZZ.FM Poleca!
Roch Siciński

roch[małpa]radiojazz.fm

Krystyna Stańko Secretly

Krystyna Stańko - śpiew
Dominik Bukowski - wibrafon, marimba, xylosynth, kalimba
Piotr Lemańczyk - kontrabas
Cezary Konrad - perkusja
Irek Wojtczak - klarnet basowy, flet
Marcin Gawdzis- trąbka

gościnnie: Mieczysław Szcześniak - śpiew

Zielona okładka z tytułem 'Secretly' oraz nazwiskiem znanym i rozpoznawalnym nie tylko w polskim jazzie. Tym razem nie kryje się za nim specyficzny ton trąbki, a wrażliwy i zarazem dojrzały głos wokalistki.

Krystyna Stańko sygnuje płytę z muzyką nietypową na polskim rynku, zapełnia pewną niszę.

Płyta trafia do odtwarzacza. Pierwsze co rzuca się w uszy z głośników... odważnie, a nie słodko i 'pościelowo', konkretny przekaz. Dzwięki po których nie domyśliłbym się, że mam do czynienia z płytą polskiej wokalistki jazzowej. Chwytamy za okładkę i jak się okazuje powody są dwa.

Pierwszy - wbrew pozorom mniej istotny - kompozycje zawarte na płycie są autorstwa Petera Gabriela.
Drugim powodem są panowie otaczający wokalistkę, a na ich przedzie Dominik Bukowski - 'kierownik muzyczny'. Cieszy mocny skład, ale to przecież nie nowość, na płytach tej artystki zawsze widzimy kreatywne nazwiska (oby tak dalej!).
Piosenkarka wprowadza nas w nieco inny muzyczny świat, niż ten do którego jesteśmy przyzwyczajeni, a improwizacje świetnie zgranego zespołu tworzą profesjonalny album jazzowy (nie tylko z nazwy), w dodatku prosty w odbiorze. Chociaż podział na funkcje jest nieco inny. Tutaj kolory, grane są przez trąbkę, brzmieniowe plamy rzucane z bębnów i talerzy, do tego wypełnienie tła przez klarnet basowy, fantastycznie(!) trzymający ramą bas. Wypisani wyżej muzycy zostawiają pierwszy plan Krystynie Stańko.

Piosenkarka oczywiście odtwarza tematy na swój, kobiecy sposób, dodaje wrażliwości i utwory stają się bardziej osobiste. Oderwane od twórcy żyją własnym życiem w rękach - tym razem - polskich artystów.
Dobre otwarcie płyty jest pewnego rodzaju podstawą. Tu rozegrane w oczywisty sposób - zaczynamy rozpoznawalną kompozycją - 'Mercy Street'. Koniec krążka pomyślany równie sprytnie - chyba najlepiej zaaranzowana pozycja - 'Sky Blue'. Powtarzająca się fraza zostaje w pamięci na długo po wyłączeniu odtwarzacza, jedna z tych, które nucimy sobie podświadomie. Czy to przez zapętlającą się strukturę, czy poprostu chwytliwe dzwięki, powtarzalność czy inne metrum... podświadomie.
Słyszymy jeden duet z Dominikiem Bukowskim w znanym 'Father, Son', lekkie 'Diggin in the Dirt' - mój wokalny faworyt. Jest również gość specjalny - Mieczysław Szcześniak w 'The Book of Love'. Peter Gabriel na pewno nie ma nic przeciwko takim interpretacjom jego muzyki.

Płyta nagrana z pomysłem, ze świezym spojrzeniem. Ciekawe kompozycje znanego artysty, w świetnych jazzowych aranżacjach, wykonane przez skład fantastycznych muzyków. Coś zarówno dla fanów Krystyny Stańko, jak i Petera Gabriela. Polecamy!

RadioJAZZ.FM
Roch Siciński


roch[małpa]radiojazz.fm

Obara/Lindberg/Sorgen MaMuGe3 Three

Maciej Obara - saksofon altowy
John Lindberg - kontrabas
Harvey Sorgen - perkusja

Lądujesz w Nowym Jorku. Jedziesz do Woodstock, gdzie spotkasz się w studiu kontrabasistę Anthony'ego Braxtone'a - Johna Lindberga - i perkusistą Billa Frisella, Dave'a Douglasa czy Marka Feldmana - Harvey'a Sorgena. Za szybą wspomagał was będzie Ted Orr - realizator nagrań Ornette'a Colemana.
Większość młodych muzyków nie ma chyba nawet takich snów czy marzeń. Dla alcisty Macieja Obary była to tylko część jego amerykańskiego planu.

Początek tego roku Obara spędził na stypendium w Nowym Jorku. Uczestniczył w warsztatach w The Center for Improvisational Music, chodził na koncerty, poznawał na czym tak na prawdę polega dzisiejszy amerykański jazz. Na wiosnę do sklepów trafiła jego pierwsza "nowojorska" płyta pt. "Four" nagrana wspólnie z Markiem Heliasem, Ralphem Alessim i Nasheetem Waitsem. Choć pełna energii, improwizacji i żywiołowości, jest ona dopracowana i wyważona. "Three", które trafia do naszych rąk późną jesienią, jest jak pierwsza śnieżna piguła prosto w twarz. 21 stycznia 2010 roku, po jednym dniu prób, weszło do studia trzech świetnych muzyków - dwóch nowojorskich awangardowych wyjadaczy i jeden młody, zadziorny chłopak z Katowic.

Album "Three" otwiera kompozycja Andrew Hilla "Spiritual Lover". Na solidnym podkładzie sekcji Obara z miejsca zaczyna szyć swoją niespokojną opowieść. W "Forage" - czyli plądrowaniu - alcista poprostu uwalnia energię. Trudno nie wizualizować sobie w myślach tej muzyki w wersji live. "Fort Borek" jest jako rozwinięcie poprzedniego tematu we wspólnej improwizacji artystów. Świetnie rozumieją się tu Lindberg i Sorgen.
"One for Caroll", kompozycja Obary to jedyny utwór na płycie, który moglibyśmy nazwać balladą. Otwiera go świetne solo Obary. Pod numerem 7 kompozycja Johna Lindberga "T'wixt D and E" to chyba pierwszy na płycie utwór z wyraźnym tematem. Najlepsze są w nim jednak świetne wariacje kolejnych muzyków.
Końcowe 3 odsłony "Three" są nieco spokojniejsze, w dużej mierze za sprawą malowniczych poszukiwań brzmieniowych smyczkiem Johna Lindberga w "Wolverine Breath" i "Dropped Drops". Ostatni utwór "Multiple Reasons" to praktycznie duet kontrabasisty i alcisty - nastrojowy ciepły i pomysłowy, pełen wzajemnego zrozumienia - choć muzycy poznali się kilka dni przed nagraniem.

W dzień płyta trochę przeraża swoją swobodą, swadą, agresywnością. W nocy, kiedy można przysłuchać się jej uważniej, słychać mistrzowską grę Lindberga i Sorgena (zarówno traktując ich jako sekcje czy dwóch solistów) i oryginalną narrację Obary. O czym opowiada Maciek? O sobie. Może o wychodzeniu z siebie poprzez muzykę? O brzmieniu? O tym co zdarza się kiedy skrzyżują się drogi trzech improwizatorów, którzy lubią dać czadu?

Płyta "Three" jest jest kolejnym dowodem wielkiej ambicji, odwagi i bezkompromisowości Obary. Album nie ma chyba swojego adresata - to zapis spotkania i energii jaka wytworzyła się w danym miejscu i czasie. Wspomnienie osobiste i bardzo trudne do przekazania. Trzeba dużej pewności siebie by wychodzić z taką muzyką na rynek, polski rynek muzyczny. Obara chyba ma to gdzieś - i oby tak dalej.

RadioJAZZ.FM Poleca,
Kajetan Prochyra

kajtek[malpa]radiojazz.fm

Wyatt/Stephen/Atzmon For the Ghosts Within

 

Robert Wyatt - śpiew, trąbka
Ros Stephen - skrzypce
Gilad Atzmon - saksofony, klarnet

 

 

"For the ghosts within" to jedna z najlepszych, najlepiej zrealizowanych i przede wszystkim najlepiej wymyślonych, wyobrażonych dźwiękowo płyt. Choć na album złożyły się w znacznej części jazzowe standardy - czegoś takiego chyba jeszcze nie słyszeliście.

Robert Wyatt, obecnie brodaty jegomość po 60tce, na przełomie lat 60tych i 70tych współtworzył jako wokalista i perkusista grupę Soft Machine. Na koncie ma nagrania z Jimmim Hendrixem i współpracę właściwie z każdym liczącym się muzykiem Brytyjskim tego okresu. Równolegle do fascynacji rockiem grał jazz. W czerwcu 1973, w trakcie imprezy mającej poprzedzać nagranie kolejnej płyty z Soft Machine, Wyatt wypadł z okna z wysokości 4go piętra. Przeżył, ale porusza się na wózku inwalidzkim. Aby wesprzeć finansowo kolegę, który znalazł się w potrzebie, charytatywny koncert dla Roberta zorganizowali przyjaciele z... Pink Floyd.

Wypadek nie przerwał jego muzycznej kariery. Wyatt przede wszystkim jest niesamowitym wokalistą, obdarzonym delikatnym, trochę niedzisiejszym, przepełnionym refleksyjnością głosem.
W ostatnich latach m.in. wspomagał Bjork na jej płycie "Medulla", występował z Davidem Gilmourem, współtworzył operę "Welcome to the voice". Od 3 lat współpracuje z niezależnym wydawnictwem Domino Records, gdzie na korytarzu mija się np. z zespołem The Arctic Monkeys. Pierwszy owoc współpracy Wyatta z Domino - album "Cuckooland" - został nominowany do nagrody Mercury. Teraz trafia w nasze ręce płyta "For the Ghosts Within"

Najnowszy album Roberta Wyatta tworzy cudowną, harmonijną całość, choć złożony jest z bardzo różnorodnych elementów.
Jest tu i przejmujący, poruszający co najmniej tak, jak pieśni Ray'a Charlesa utwór "Lullaby for Irena", "Laura" - ballada jak z trzeszczącej, analogowej płyty z lat 30tych, jest rap po Arabsku w dynamicznym, łączącym taneczność swingu i hip hopu "Where are they now?", czy alternatywna, może w stylu Johna Lourie, kompozycja "The ghost within". Moim faworytem jest chyba "At last I am free" - poruszająca, bardzo ciekawa brzmieniowo a za razem mogąca powstać wyłącznie w tradycji brytyjskiej wokalistyki z pod znaku Petera Gabriela czy Davida Bowie kompozycja - krótkie 3 minutowe słuchowisko - at last I am free - I can hardly see in front of me. Do tego jeszcze "What a wonderful world", rozbrzmiewające śpiewem ptaków "Lush life", zagwizdane "Round midnight" czy zanucone "In a sentimental mood" - zdaniem Wyatta słowa tych standardów nie są tak doskonałe jak same ich melodie.

Krążek sygnowany jest trzema nazwiskami trzech osobowości. Obok Wyatta są to skrzypaczka Ros Stephen i saksofonista Gilad Atzmon. Ten ostatni, określany przez Wyatta najznakomitszym żyjącym muzykiem, znany jest głównie ze swojej aktywności anty-syjonistycznej. W muzyce zaś, i słychać to wyraźnie na "For the Ghosts..." garściami czerpiąc z brzmień i skal muzyki Żydowskiej, wschodnioeuropejskiej i arabskiej, przy jednoczesnej zabawie konwencjami amerykańskiego swingu i nawiązaniami do twórczości Chaliego Parkera.

Album jest piękny, poruszający, zaskakujący i odkrywczy. Jak na mało której płycie obok muzyki, tekstów, śpiewu, doboru repertuaru głęboko przemyślana i frapująca jest warstwa efektów dźwiękowych czy pozamuzycznego budowania nastroju.

Ciężko o pointe, bo nie chce się pointować tak świetnej płyty. Nie da się jej opowiedzieć w jednym zdaniu. Na Wyspach Brytyjskich jest już o niej głośno. Mam nadzieję, że i polskim słuchaczom przypadnie do gustu. Wybitny album.

RadioJAZZ.FM Poleca!
Kajetan Prochyra

kajtek[malpa]radiojazz.fm

Darcy James Argue's Secret Society Infernal Machines

Darcy James Argue - kompozytor, dyrygent

Instrumenty dęte drewniane
Erica vonKleist
Rob Wilkerson
Sam Sadigursky
Mark Small
Josh Sinton

Instrumenty dęte blaszane
Seneca Black trąbka wiodąca
Ingrid Jensen
Laurie Frink
Nadje Noordhuis
Tom Goehring
Ryan Keberle
Mike Fahie
James Hirschfeld
Jennifer Wharton

Sekcja rytmiczna
Sebastian Noelle gitary
Mike Holober instrumenty klawiszowe
Matt Clohesy kontrabas i gitara basowa
Jon Wikan perkusjonalia

Darcy James Argue jest trochę szaleńcem... Ma 35 lat, 18osobowy big band, stronę internetową na której umieścił kilkanaście godzin swojej muzyki do pobrania za darmo... A przede wszystkim jest świetnym kompozytorem, aranżerem i po trosze rewolucjonistą, czego efektem jest płyta "Infernal Machine".


Wydawało się, że złoty okres big bandów mamy już dawno za sobą. Po czasach Glenna Millera, Counta Basiego, Nat King Cole'a pozostały czarno-białe archiwalia. Orkiestra Marii Schneider zdawała się być przez ostatnie dwie dekady bezkonkurencyjna (dosłownie i w przenośni). W mieście pojawił się jednak nowy kot – Darcy James Argue i jego orkiestra Secrtet Society.

Po pierwszych dźwiękach otwierającego album utworu "Phobos" jest już jasne, że to nie będzie tradycyjna muzyka big bandowa. Gdyby szukać porównań, Argue prowadzi swój zespół nie jak Wynton Marsalis swoją Lincoln Center Orchestra a bardziej jak Wayne Shorter swój kwartet. Nie liczy się ilość, sekcje, podziały, ale jakość jaką każdy z muzyków wnosi w danym momencie we wspólne granie. W "Phobos" wielką rolę odgrywa gitara elektryczna Sebastiana Noelle'a, tenor Marka Smalla czy perkusyjny, popularny w muzyce flamenco, cajón Jona Wikana.

Argue nie stara się reanimować orkiestrowych tradycji, ale tworzy nowoczesną, współczesną muzykę, w której słychać inspiracje dzisiejszym światem i jego kulturą. Jasne jest, że Argue słuchał rocka, Pink Floyd, Radiohead czy współczesnej awangardy. Od pierwszych dźwięków czuje się wspólnotę doświadczeń słuchacz-artysta a nie mur jazzowej orkiestry. Ta płyta to żywioł improwizacji. Temat "Transit" kipi energią sekcji dętej (Ingrid Jensen - trąbka). Jacobin Club to rozmowa Sama Sadigursky'ego na saksofonie tenorowym Mikem Fahie'm na puzonie pośród gwaru pozostałych 16 instrumentalistów. Na płycie znajduje się też akcent polityczny, choć w fantastycznej muzycznie oprawi. Temat "Habeas Corpus", połączenie brzmieniowe muzyki początku XX wieku z rockiem i jazzem, dedykowane jest Maherowi Ararowi - kanadyjskiemu informatykowi syryjskiego pochodzenia, który został przez rząd USA deportowany do Syrii, gdzie przez rok był więziony i torturowany. Oskarżono go o współpracę z Al Qauedą, czego do dziś nie potwierdzono. Dziś Arar znów żyje ze swoją rodziną w Kanadzie, gdzie jest szanowanym naukowcem.
Płytę wieńczy dynamiczny, eneregetyczny saksofonowy "Obsidian Flow".

Za tę płytę Darcy James Argue nagrodzony został m.in. przez Down Beat (tytułem wschodząca gwiazda w kategoriach: najlepszy kompozytor, aranżer i najlepszy Big Band), a stowarzyszenie amerykańskich dziennikarzy jazzowych JJA wyróżniło okrzyknęło odkryciem roku, a jego zespół big bandem roku 2010.

Darcy James Argue to nowa jakość z jazzie, nowy sposób myślenia o wieloosobowych składach, a za razem dziecko swoich czasów. Fantastycznie odbija się w brzmieniu Secret Society współczesna muzyczna kultura, jednocześnie przynosząc świeżość i energię. Trudno uwierzyć, że to debiutanckie nagranie zespołu.

Panie i Panowie - oto jazzowa orkiestra na miarę XXI wieku!


RadioJAZZ.FM Poleca!

Kajetan Prochyra
kajtek[malpa]radiojazz.fm

Marcin Oleś & Bartłomiej Brat Oleś Other Voices Other Scenes

Marcin Oleś - kontrabas, fortepian, instrumenty klawiszowe, akordeon, gitara akustyczna
Bartłomiej Brat Oleś - perkusja, perkusjonalia, gongi, tabla, marimba, fortepian, instrumenty klawiszowe

Łukasz Czekała - skrzypce
Kuba Puch - trąbka
Jakub Urbańczyk - tuba
Jarosław Spałek - trąbka

Muzycy jazzowi często zapraszani są do pracy dla teatru i kina. Być może lepiej od innych potrafią operować dźwiękiem, budując nim przestrzenie, nastroje, a nie tylko muzykę melodii i harmonii.
Bracia Marcin i Bartłomiej Brat Oleś zebrali swoje doświadczenia z Melpomeną i dziesiątą muzą na dwupłytowym albumie "Other Voices Other Scenes"

W dziesiątą rocznicę swojej działalności artystycznej Olesiowie, zwanie nierzadko jedną z najlepszych sekcji rytmicznych świata, zebrali owoce swojej współpracy teatralnej z reżyserką Agnieszką Olsten („LYNCH: PANI AOI, WACHLARZ, SZAFA”, „NIE DO PARY”, „SAMSARA DISCO”, „OTELLO”, „TARTAK” i „NORA”) oraz filmowych spotkań z Tomaszem Drozdowiczem („FUTRO”) i Mateuszem Jarmulskim („PRZEWODNIK”).


Muzyce, choć wyzbytej ze swojego oryginalnego, scenicznego kontekstu, niczego nie brakuje – wprost przeciwnie. Minimalistyczne dźwięki, niepokojący, nastrojowy, refleksyjny nastrój intryguje i uruchamia wyobraźnie. Choć zadaniem kompozytorów było stworzenie muzyki w sporej mierze ilustracyjnej, nie czuć jej wyciszenia czy ukrycia w drugim planie. Charakterystyczne tematy przeplatają się i przechodzą jeden w drugi, na długo zapadając w pamięć. Nabiera się wątpliwości jak tak wyraziste i zadziorne dźwięki znalazły na scenicznych deskach swoje miejsce w szeregu.

Charakterystyczny jest sam początek albumu - muzyka do zbioru jednoaktówek Yukio Mishimy. Pierwszy temat to dwie przeplecione ścieżki kontrabasu - repetatywna rytmiczna z melodyjną. W drugim temacie role te przejmuje fortepian, któremu na pojedynczymi dźwiękami towarzyszą skrzypce i tabla. Bardziej jazzowo, choć wciąż z dystansem, cudzysłowem do takiej tradycji zabrzmią utwory z "Nie do Pary". Tu na trąbce gra Kuba Puch. Dopiero w 9tym temacie albumu słychać perkusję w jej klasycznym zastosowaniu. Śledzenie drug kompozytorskich, założeń i wyzwań, jakie postawili sobie pracując nad kolejnymi inscenizacjami.

O roli muzyki w teatrze akademicy napisali z pewnością wiele traktatów, jednak każdy kto choć raz z poważną dramaturgiczną inscenizacją miał do czynienia, zauważył, że teatr nie jest dla muzyków nazbyt hojny. W teatrze muzycznym czy musicalu piosenki mają zostać z widzem na długo po opadnięciu kurtyny. Czy jednak Shakespeare, Ibsen czy Czechow domagają się dodatkowych nut? A w dodatku, czy muzyka taka może funkcjonować w oderwaniu od dramatu na scenie? Odpowiedź jak zawsze ta sama: oczywiście - jeśli jest wysokiej próby, jeśli napisali ją Bracia Marcin i Bartłomiej Brat Olesiowie.

RadioJAZZ.FM Poleca!
Kajetan Prochyra

Lizz Wight Fellowship

 

Lizz Wright - śpiew
Mimi Jones, Todd Sickfoose - akustyczna gitara basowa
Dave Cock, Kenny Banks - fortepian
Angelique Kidjo - głos
Nacho Arimany - instrumenty perkusyjne
Jano Rix - perkusja
Josette Newsam-Marchak, Bernice Johnson Reagon, Toshi Reagon - chórki

Charles Lloyd Quartet Mirror

Charles Lloyd - saksofony, głos
Jason Moran - fortepian
Reuben Rogers - kontrabas
Eric Harland - perkusja

 

Jan Garbarek & Hilliard Ensemble Officium Novum

David James - kontratenor
Roger Covey-Crump - tenor
Steven Harrold - tenor
Gordon Jones - baryton

Jan Garbarek - saksofon sopranowy i tenorowy

 

Choć to trzecie spotkanie Jana Garbarka i Hilliard Ensemble, ich muzyka wciąż pozostaje... dziwna. Dziwna, jak dziwne jest instrumentarium: kwartet wokalny i saksofon, dziwna, bo nieznana jest muzyka Komitasa, dziwne jest "Ojcze nasz" zapisane jako "Otche nash - lipowiańska pieśń tradycyjna", wykonywana tu przez Gordona Jonesa. Z drugiej jednak strony płyta ta, a jeszcze dosadniej promujące ją koncerty, przypominają o tym, że to może nasz świat jest dziwny.

Repertuar "Officium Novum" układa się w muzyczny kolarz - od hymnu "Alleluia Nativitas" XII wiecznego kompozytora Perotinusa, po współczesne kompozycje Garbarka. Rdzeń albumu stanowią pieśni wschodu. Autorstwo większość z nich przypisuje się ormiańskiemu duchownemu i muzykologowi żyjącemu na przełomie XIX i XX wieku - Komitasowi Vardapetowi. Producent płyty, szef wydawnictwa ECM, Manfred Eicher, ma najwyraźniej nowy fetysz w postacie prac Komitasa. Jego muzykę usłyszeć można nie tylko na "Officium Novum" ale także na najnowszym krążku Normy Winstone. Polskiemu czytelnikowi postać Komitasa znana może być z "Imperium" Ryszarda Kapuścińskiego.

Choć "Officium Novum" to album z muzyką dawną i liturgiczną, płyta ma swoje przebojowe oblicza - XVI wieczną pieśń trubadurów "Tres morillas m'enamoran", czy wspomniana już "Alleluia Nativitas" - chyba najbardziej jazzowa, improwizowana część krążka. W pamięc zapada również kompozycja Arvo Parta "Most Holy Mother of God". Estoński kompozytor, autor m.in. "Tabula Rasa" obchodzi w tym roku swoje 75 urodziny.

Współpraca Hilliardów i Garbarka budzi kontrowersje. Po wpisaniu w wyszukiwarkę youtube'a hasła "Hilliard Garbarek" pierwszy wynik jaki otrzymamy to klip pt. "How To Destroy a Magic Moment With a Sax: Hilliard Garbarek" (czyli "jak zniszczyć magiczny moment przy użyciu saksofonu").
Sam miałem do tego przedsięwzięcia sporo wątpliwości. Autorzy sami mówią o tej muzyce, że to ani nie jazz, ani muzyka dawna: to muzyka, która powstaje ze spotkania kwartetu wokalnego, saksofonisty i producenta.
Do "Officium Novum" przekonał mnie dopiero ich występ na żywo. Przed koncertem podsłuchałem managera grupy, który cieszył się jak łatwo organizuje się ich koncerty: po prostu przylatują i grają. Nic nie trzeba rozstawiać, soundcheck trwa ok 3 minuty. A gdy widownia wypełni salę okazuje się, że wypełnia ją muzyka w najczystszej postaci.

Bez jednego mikrofonu, wzmacniacza czy głośnika Hilliard Ensemble i Jan Garbarek stworzyli w Bazylice Najświętszego Serca Jezusowego przy ulicy Kawęczyńskiej w Warszawie misterium. O 21szej przed ołtarz wyszedł norweski saksofonista i zaczął grać. Po kilku chwilach nie wiadomo skąd zaczęły dobiegać głosy. Z czterech stron bazyliki, w kierunku ołtarza wolnym, powłóczystym wręcz krokiem zbliżali się David James (kontratenor), Roger Covey-Crump (tenor), Steven Harrold (tenor) i Gordon James (baryton). 
Zabieg ten powtórzyli w czasie koncertu jeszcze dwa razy - z jednej strony udowadniając, że kwardrofonia, czy dźwięk surround wynaleziono już ładnych kilkaset lat temu, z drugiej zaś na powrót przywracając ołtarzowi-scenie koncertowej, jego centralną funkcję w kościele-świątyni. 
Bez odpowiedzi pozostaje frapujące, związane z tym pytanie: na ile w naszych post-chrześcijańskich czasach, sięganie po muzykę religijną, wykonywanie jej w świątyniach, cały projekt Officium ma charakter religijny a nie tylko artystyczny?

Hilliard i Garbarek na wzajem się do siebie upodabniają barwą i techniką. W pełni świadomie ustępują sobie miejsca a czasem wzajemnie się przekrzykują. I nagle kościół tętni życiem, muzyka sakralna, z niszy, kurzu, moli i zamkniętego kręgu znawców, bez znieczulenia trafia do publiczności, rezonując w świątyni - miejscu jej przeznaczenia.

Płyta to tylko płyta, przedmiot, dziecko nowoczesnych technologii, kabli, przetworników. Ta muzyka stworzona jest po to by grać ją na żywo, a może lepiej: by ją wystawiano: by rozbrzmiewała w pięknych wnętrzach, pośród murów, które same niosą ze sobą szmat historii; rozbrzmiewała tak długo jak dźwięk krążył będzie po akustycznych zakamarkach danej przestrzeni. Niech przypomina nam o przemijaniu z jednej, a o pamięci i tradycji z drugiej strony. W codziennym życiu, nawet w zaciszu domowym, trudno będzie znaleźć te półtorej godziny na kontemplację muzyki i jakości, jakie podarowali nam Hilliard, Garbarek i Eicher. Ale warto spróbować.

RadioJAZZ.FM Poleca,
Kajetan Prochyra
kajtek[małpa]radiojazz.fm

Wynton Marsalis & Jazz at Lincoln Center Orchestra Vitoria Suite

JAZZ AT LINCOLN CENTER ORCHESTRA WITH WYNTON MARSALIS

Wynton Marsalis (Music director, trumpet);
Sean Jones (Trumpet);
Ryan Kisor (Trumpet);
Marcus Printup (Trumpet);
Vincent Gardner (Trombone);
Chris Crenshaw (Trombone);
Elliot Mason (Trombone);
Sherman Irby (Alto saxophone);
Ted Nash (Alto and soprano saxophones, clarinet);
Walter Blanding, Jr. (Tenor and soprano saxophones, clarinet);
Victor Goines (Tenor and soprano saxophones, Bb clarinet, bass clarinet);
Joe Temperley (Baritone and soprano saxophones, bass clarinet);
Dan Nimmer (Piano);
Carlos Henriquez (Bass);
Ali Jackson (Drums).

SPECIAL GUESTS
Paco de Lucia – Guitar (Mvt. IV, VIII)
Chano Dominguez – Piano (Mvt. VI)
Israel Suarez “El Piraña” – Percussion (Mvt. VI)
Tomás Moreno “Tomasito” - Jaleo, clapping and dance (Mvt. VI)
Blas Cordoba “El Kejio” - Jaleo and clappings (Mvt. VI)

 

Vijay Iyer Solo

Vijay Iyer - fortepian

Przed niedawnym warszawskim koncertem tria Vijay'a Iyer'a miałem wielkie szczęście porozmawiać z leaderem. Zadawałem bardzo banalne pytanie - właściwie wszystkie sprowadzały się do jednego - o inspiracje. Iyer mówił tak, że pewien jestem, że rozmawiałem z wybitnym artystą. Kilkanaście minut później potwierdził to koncert jego grupy. Dziś trafia do naszych rąk kolejny dowód - jego płyta solo.

Vijay Iyer obecny jest w czołówce amerykańskich muzyków jazzowych od lat. Grał z Wadada Leo Smithem, Stevem Colemanem, Johnem Zornem czy Rudreshem Mahanthappą. Dopiero jednak europejski kontrakt z monachijską wytwórnią ACT wyniósł go na szczyty międzynarodowych plebiscytów jazzowych takich jak ankieta magazynu Down Beat (płyta trio "Historicity" najlepszym albumem 2010) czy rankingu stowarzyszenia amerykańskich krytyków jazzowych JJA (najlepszy artysta jazzowy 2010).
Płyta "Solo" to drugie nagranie dla ACTu - milowy krok, spełnienie marzeń ale też i jazda obowiązkowa dla każdego ambitnego pianisty jazzowego.

Nagrywanie płyty solo to coś więcej niż granie samemu. Pracując z trio staram się stworzyć przestrzeń twórczą dla grających ze mną muzyków. Na wzajem otwieramy dla siebie nowe możliwości. Grając solo musiałem znaleźć w sobie tego innego, którego mógłbym sobie przeciwstawić. Praca nad tą płytą była trochę jak nieustanne gapienie się na siebie w lustrze.

Na płycie znajduje się 11 kompozycji, z czego aż 6 razy sięgnął Iyer po twórczość innych artystów.
Album otwiera kompozycja "Human Nature" z repertuaru Michaela Jacksona. Za nią "Epistrophy" Theloniousa Monka, "Darn That Dream" jako ukłon w stronę pianisty Andrew Hilla i wczesna kompozycja Duke'a Ellingtona "Black & Tan Fantasy".

Zawsze kiedy gram kompozycję innych autorów pojawić się może pytanie, i zależy mi by stawiali je sobie moi słuchacze – co ten facet ma wspólnego z tym twórcą. Każdy utwór na płycie znalazł się na niej z konkretnego powodu. Nad "Human Nature" zacząłem pracę zaraz po śmierci Michaela Jacksona, o której z resztą dowiedziałem się w Warszawie, grając na WSJD. Jego muzyka poruszyła mnie, podobnie jak... miliardy ludzi na całym świecie. Usłyszałem ten utwór, wtedy kiedy ukazał się na płycie. Wcześniej niż jakiekolwiek nagrania jazzowe. "Black and tan Fantasy" było pierwszą kompozycją jazzową, którą nauczyłem się grać. Od kiedy usłyszałem Andrew Hilla grającego "Darn that dream" zacząłem inspirować się jego stylem, później był moim nauczycielem a potem zostaliśmy przyjaciółmi.

Iyer grając Jacksona wydaje się pozostawać dość wierny oryginałowi. Lekki i chyba najbardziej przystępny z całego albumu. Jednak wsłuchawszy się można dosłyszeć na co „Human nature” pozwoliło pianiście, co pozwoliło mu zbudować; jak kiedyś sam określił Iyer sens improwizacji, tworzyć spontaniczną architekturę.

Powrót do muzycznego dzieciństwa, doświadczeń czerpanych z dorobku innych muzyków jest tematem tej płyty, obecnym także w nowych kompozycjach Iyera. Kluczowym utworem wydaje się „Pattern” czyli patent, sposób, w jaki, po wielu godzinach prób i ćwiczeń udaje się przyswoić lekcję mistrza po to, by wykorzystać ją na własny sposób i wpleść w swój własny muzyczny język.

"Autoscopy" - jak mówi Iyer - odnosi się do stanu kiedy mamy wrażenie wyjścia poza nasze ciało. Wtedy z zewnątrz, najczęściej z góry, obserwujemy nasze zachowanie. Zdarza mi się przeżywać ten stan - kiedy gram na fortepianie.

Vijay Iyer wie co robi. W dodatku wydaje się, że ten młody, ledwie 30 letni muzyk, ma bardzo wiele nowych pomysłów na jazzowe granie, niezależnie czy tworzy sam, w duecie, w trio czy z orkiestrą. Wielki talent.

RadioJAZZ.FM poleca!
Kajetan Prochyra
kajtek[małpa]radiojazz.fm

Krzysztof Herdzin Fantazja na tematy IV Kwartetu Smyczkowego Grażyny Bacewicz / Bajkowe Opowieści

Krzysztof Herdzin - fortepian
Michał Kulenty - saksofon sopranowy
Robert Kubiszyn - kontrabas
Cezary Konrad - perkusja


 

Royal String Quartet
Izabella Szałaj-Zimak - I skrzypce
Elwira Przybyłowska - II skrzypce
Marek Czech - altówka
Michał Pepol - wiolonczela

Paweł Gunnar - saksofon altowy

Rozpisanie IV Kwartetu Smyczkowego Grażyny Bacewicz na dwa odmienne gatunkowo quartety wymaga odwagi i wielkiej kompetencji. Tej drugiej Krzysztofowi Herdzinowi z pewnością nie brak: to jeden z najbardziej wszechstronnych, utalentowanych i zapracowanych muzyków w Polsce od przeszło półtorej dekady. Trudno nie wyjść ze zdumienia przeglądając dorobek i zaangażowanie tego artysty. Czy jednak przy tak intensywnym rozproszeniu nie pojawią się potknięcia przy bardziej wymagających autorskich projektach?

Wątpliwości pozbawiają nas już pierwsze dźwięki meandrującego Allegro Molto. Jes to wyrafinowany dialog dwóch sił; jazzowego pulsu (Cezary Konrad i Robert Kubiszyn), harmonii (Krzysztof Herdzin) i liryki ("słodki" sopran Michała Kulentego) oraz klasycznej gry Royal String Quartet - prawdopodobnie najbardziej wziętego kwartetu smyczkowego młodego pokolenia. To zresztą na ich zamówienie Herdzin zaaranżował i stworzył swoją fantazję:

„Na specjalne zamówienie muzyków z Royal String Quartet, w 2005 roku napisałem Fantazję na tematy IV Kwartetu Smyczkowego najwybitniejszej spośród polskich kompozytorek - Grażyny Bacewicz. (...)Prawykonanie odbyło się na Festiwalu "Kwartesencja" w Fabryce Trzciny w 2005 i okazało się wielkim wydarzeniem artystycznym.”

W kolejnych odsłonach „Fantazji” muzycy kontynuują łagodny filtr u styku konwencji gatunkowej oraz partytury i improwizacji jazzowej. Po wyciszającym, wręcz balladowym Andante z dobrą partią solową Herdzina do głosu dochodzą bardziej spontaniczne i radosne emocje - Allegro Giocoso w oryginale było dynamicznym rondem z oberkiem jako refrenem. Tutaj dzięki zaskakującej jazzowej partii zyskaliśmy nową ale spójna jakość.

Drugą część projektu tworzą Bajkowe Opowieści; melodyjne miniatury na fortepian lidera i alt Pawła Gusnara. Kameralne brzmienie i pląsające melodie doskonale równoważą wielobarwność Fantazji. Gatunkowo nieokreślone, brzmieniowo zaskakujące. Ośmioczęściowy cykl opowieści Herdzina to coś więcej niż muzyczny kwadrans na zakończenie. Niebanalne odprężenie i dyskretny humor wieńczą ten album sporym sukcesem.

RadioJAZZ.FM poleca!
Łukasz Nitwiński
lukasz[malpa]radiojazz.fm

Vladyslav Sendecki aka Władysław "Andzik" Sendecki Solo Piano at Schloss Elmau

Władysław Sendecki - fortepian

Polacy nie gęsi i swoich geniuszy jazzu mają. Przypomnieć nam o tym musiało niemieckie wydawnictwo ACT.

Krakowska Akademia Muzyczna przypuszcza szturm na nasz rynek jazzowy... Późny to atak, bo jej absolwenta Zbigniewa Seiferta nie ma już wśród nas od trzech dekad a i Andzik Sendecki opuścił szkolne mury ładnych parę lat temu.
W roku 1981, po jednym z koncertów z zespołem Zbigniewa Namysłowskiego w Szwajcarii Władysław Sendecki powiedział kolegom "adieu" i postanowił rozpocząć życie wśród Helwetów. 10 dni później spotkał... Billy'ego Cobhama, z którym grał przez kolejne 3 lata. Później nagrywał m.in. z Jaco Pastoriusem, Michaelem i Randym Breckerem a po dziś dzień współpracuje z orkiestrą NDR. W roku 2008 wydał solową płytę "Piano" a teraz nakładem słynnego monachijskiego wydawnictwa ACT ukazuje się płyta "Solo in Schloss Elmau".

Warto wspomnieć, że bawarski zamek Emlau to luksusowe centrum spa i wszelkich możliwych uciech dla ciała i umysłu zamożnych ludzi o wysmakowanym guście. W tamtejszych salach koncertowych występowali m.in. Brad Mehldau, Gidon Kremer czy Esbjorn Svenson. Wydawnictwo ACT ma tu swoją koncertową bazę. Płyty nagrywali tu Michael Wollny Nils Landgren i Victoria Tolstoy.

Muzyka Władysława Sendeckiego jest po prostu piękna. Delikatna, subtelna i mądra.
Artysta nie rozdziela tradycji pianistyki jazzowej od klasycznej; muzyki tradycyjnej (Wiegenlied, Mein Maedschen), neo-romantycznej (Lily of the Valley) od muzyki The Beatles (takiego Blackbird jeszcze nie słyszeliście) czy kompozycji, nomen omen, Zbigniewa Seiferta (Evening Psalm). Słychać tu szkołę im. Fryderyka Chopina (dosłownie i w przenośni).
Bo w Sendeckim najwyraźniej tkwi to wszystko na raz. Gra siebie i dlatego od początku do końca album oczarowuje.

Jeśli szukać trzeba byłoby podobieństw, to solowemu popisowi Sendeckiego najbliżej do Keitha Jarretta - za takie porównanie chyba nikt się nie pogniewa.

RadioJAZZ.FM Poleca!
Kajetan Prochyra
kajtek[małpa]radiojazz.fm

Brad Mehldau Highway Rider

Brad Mehldau - fortepian
Larry Grenadier - kontrabas
Matt Chambarlain - perkusja
Jeff Ballard - perkusjonalia
Joshua Redman - saksofony
Orkierstra Kameralna pod dyrekcją Dana Colemana

Brad Mehldau, jeden z najznakomitszych pianistów jazzowych naszej planety wydał nowy, studyjny, dwupłytowy album. Obok jego tria w nagraniu udział wzięli m.in. Joshua Redman na saksofonie, Matt Chambarlain na perkusjonaliach oraz orkiestra kameralna pod wodzą Dana Colemana.

Jeśli ktoś nie wie jeszcze kim jest Brad Mehldau, to wiele stracił...

Choć wydawało się, że w jazzowej pianistyce słyszeliśmy już wszystko, Mehldau stworzył swój własny, rozpoznawalny styl. To on wprowadził do jazzowego światka kompozycje Nicka Drake'a (River Man), Radiohead (Paranoid Android czy Exit Music to a film)a ostatnio nawet Sound Garden (Black hole sun). Jego koncert w Tokio ("Live in Tokyo") może konkurować z legendarnym Jarrettowskim "Live in Koeln", choć podobne jest w tych albumach tylko instrumentarium. Oczywiste więc, że najwięksi gatunku zapraszają go do współpracy: Pat Metheny (dwuczęściowe przedsięwzięcie Metheny/Mehldau i Metheny/Mehldau Quartet), Michael Brecker (Pilgrimage), Wayne Shorter (Alegria), Charlie Haden (American Dreams)... A do tego choć jest Amerykaninem, Mehldau pięknie mówi po Holendersku - czego się nie robi dla miłości (do Holenderskiej żony, wokalistki jazzowej Flaurine)?

Najnowsza płyta "Highway Rider" brzmi świetnie. Można jej słuchać bez przerwy przez 365 dni i nie nudzić się ani chwili. Przez miesiąc można studiować chociażby dwunastominutowe "We'll Cross The River Together" - w bajkową narrację smyczków i saksofonu Redmana wprasza się improwizacja Mehldaua, która brzmi jak z zupełnie innej płyty, która przypadkiem włączyła się na drugim odtwarzaczu, tworząc genialny mix. A to tylko najbardziej zewnętrzna z warstw tej kompozycji. Z kaprysu ("Capriccio") uczyć mógłby się nie jeden kompozytor nadwiślański, i to nie tylko klaskania... Otwierające całą płytę "John Boy" i "Don't be sad" to chyba najpiękniejszych melodii jakie słyszałem od dawna. Całość wieńczy imponująca, podwójna kompozycja - symfonia „Always departing" „Always returning".

Do tego wszystkiego "Highway Rider" jest albumem koncepcyjnym - muzyczną ilustracją, czy raczej to opowieść jest ozdobą dźwiękowej wyprawy zespołu. Jak pisze Mehldau: Highway Rider jest o podróży z dala od domu ale także o powrocie. Część tej podróży należy odbyć w samotności a część z innymi. Wyruszymy, będziemy wspinać się na szczyty, przekraczać rzekę. Wrócimy choć trochę odmienieni, a na pewno bogatsi o doświadczenia. Doświadczenia wielkiej muzyki wielkich artystów i ich wielkiej wyobraźni.

RadioJAZZ.FM Poleca!

Kajetan Prochyra
kajtek[małpa]radiojazz.fm

Portico Quartet Isla

Duncan Bellamy - perkusja
Milo Fitzpatrick - kontrabas
Nick Mulvey - hang
Jack Wyllie - saksofony, elektronika

 

Będzie to historia przyjaźni, sukcesu, ulicznych grajków, Abbey Road, pięknej muzyki i jednego dziwnego instrumentu. Będzie to historia Portico Quartet, jednego z najważniejszych dziś jazzowych zespołów z Wysp Brytyjskich.

Dwóch kumpli - Duncan Bellamy i Nick Mulvey - kupiło pewnego razu dziwny instrument - hang. Choć wygląda jak średniowieczny latający spodek, pochodzi z XXI wieku, ze Szwajcarii. Gra się na nim jak na bębnie, z tą różnicą, że hang wydaje 8 strojnych dźwięków. Mulvey dokupił szybko drugi hang i miał już do dyspozycji 16 tonów. Nie jest to wiele, ale chłopcy szybko odkryli, że im mniej dźwięków, tym więcej możliwości. Hang wydaje piękny, metaliczny, głęboki ton. Brzmieniem przypomina metalowy bęben albo indonezyjski gamelan. Spodobał im się ten spodek. Mulvey zaprosił jeszcze jednego znajomego (kontrabasistę Milo Fitzpatricka) a tamten swojego przyjaciela z podstawówki (saksofonistę Jacka Wylie'go). Tak powstał Portico Quartet.

Zaczęli od grania na ulicy przy wejściu (portyku) do londyńskiego National Theatre. Później nagrali razem piosenkę „Still Life With Flowers" i wrzucili ją na youtube. W 2007 roku wydali pierwszą płytę "Knee-deep in the North Sea". W 2008 krążek ten nominowano do nagrody Mercury, obok albumów takich gwiazd jak Robert Plant, Radiohead czy Elbow. O Portico Quartet zrobiło się głośno.

Szybko podpisali kontrakt z wytwórnią Petera Gabriela RealWorld Records. Ten zorganizował im odpowiednie warunki do pracy - legendarne studio przy Abbey Road. To tam powstawały albumy The Beatles, The Shadows, Pink Floyd czy Oasis.
W październiku 2009 świat ujrzał efekt ich pracy: płytę "Isla".

Jak brzmi muzyka Portico Quartet?
Z jednej strony to jazz - muzyka improwizowana, pobrzmiewają w niej echa liryczności Esbjorn Svenson Trio ale i energii Jaga Jazzist. Z drugiej strony wyraźne jest zasłuchanie członków zespołu w muzyce współczesnej - pracach Philipa Glassa czy Steve'a Reicha. A do tego hang i dość nietypowe instrumentarium kazałoby schować ich albumy do szufladki z napisem „Muzyka świata". Ja proponuję zrobić miejsce na półeczkę z napisem Portico Quartet.

„Isla" to 9 utworów łączy je melodyjność, transowość, nieprzewidywalność rytmów, oryginalne brzmienia. Różnią się nastrojem, atmosferą, emocjami. Otwierający album „Paper, Scissors, Stone" ma w sobie pewną nostalgię, wyraźnie pobrzmiewa tu fascynacja minimalizmem i muzyką repetatywną. Tytułowa kompozycja „Isla" płynie, groovi i porywa. Promujący krążek utwór „Clipper" zaczyna się łagodnie, do momentu w którym do głosu dochodzi tenor Wylie'go pobrzmiewający... Komedą? Później atmosfera się zagęszcza, staje się coraz bardziej free, by na koniec kojący hang przywołał atmosferę egzotycznych wysp. Chyba tak właśnie wygląda rejs wielkim czteromasztowym kliperem. Wybranie tak odważnego „numeru" na singiel zasługuje na uznanie.

Świetna, zywa, oryginalna, świeza płyta!

RadioJAZZ.FM Poleca!
Kajetan Prochyra
kajtek[małpa]radiojazz.fm

Joe Lovano Us Five Folk Art

Joe Lovano - saksofony
James Weidman - fortepian
Esperanza Spalding - kontrabas
Otis Brown III - perkusja
Francisco Mela - perkusja

Jeśli tęsknisz za jazzem, który nie gryzie, nie wyzywa słuchacza na pojedynek na śmierć i życie, a przy tym jest przygodą, spotkaniem, przeżyciem a nie tylko muzyką do windy, jeśli szukasz tradycji i świeżości - sięgnij po najlepszą, zdaniem amerykańskich krytyków, jazzową płytę roku 2010 - “Folk Art” nowego zespołu saksofonisty Joe Lovano - Us FIVE.

Joe Lovano biały jegomość z brzuszkiem, brodą i w kapeluszu to jeden z gigantów współczesnego jazzowego saksofonu. W słynnej szkole muzycznej Berkeley chodził do jednej klasy z Johnem Scofieldem i Billem Frisellem. Zaowocowało to nie jednym
wspólnym spotkaniem w studio i na scenie. Od początku lat 90’tych Lovano związany jest ze słynną wytwórnią Blue Note, dla której nagrał przeszło 20 albumów. Jako jeden z nielicznych Amerykanów nie stroni od Europy. Dowodem tego jest chociażby jego obecność na 12 krążkach wydanych przez monachijską wytwórnię ECM. Głównie towarzyszy tam projektom perkusisty Paula Motiana. Ostatnia “europejska” płyta Lovano to “Mostly Coltrane - świetnie przyjęte, wspólne nagranie z triem innej gwiazdy - pianisty Steve’a Kuhna.
W USA Lovano grał już chyba z każdym z kim chciał. Tym lepiej o nim świadczy fakt, że do swojego najnowszego przedsięwzięcia zaprosił młodych artystów. Nowy zespół Lovano nazywa się dość zwyczajnie - “Us Five” - nasza piątka.

Ta piątka jednak tak do końca zwyczajna nie jest. Na saksofonach wciąż gra Joe Lovano, przy fortepianie zasiadł James Weidman, za to na kontrabasie dama - młoda i już wysoko ceniona Esperanza Spalding (znana też jako wokalistka). Na perkusji gra Amerykanin z Nowego Jorku Otis Brown III a Kubańczyk Francisco Mela na... drugiej perkusji.

W tej koncepcji - jak mówi Lovano - chodzi o dzielenie wspólnej przestrzeni. Mamy kwintet z dwoma perkusistami. który nagle przeistoczyć może się w 4 kwartety, 10 trij, 9 duetów i pięć solowych głosów. Tkanie takiego muzycznego gobelinu, jest właśnie tym co mnie najbardziej interesuje.

Płyta, tak jak i arrasy, jest przebogata, choć pozbawiona zbytecznych złoceń. Album otwiera energiczna kompozycja “Powerhouse”, utrzymana w klasycznym stylu z popisem leadera na pierwszym planie. Tytułowy utwór “Folk Art” to charakterystyczny, rytmiczny temat grany przez Lovano i Weidmana i 10 minut improwizacji poszczególnych członków zespołu.
W “Wild Beuty” czy “Song for Judi” US Five prezentuje swoją łagodniejszą stroną. Podziwiać można tu śpiewny i liryczny styl gry Joe Lovano. Na płycie znajduje się także temat “Dibango” dedykowany saksofoniście i wibrafoniście z Kamerunu Manu Dibango. To jego “Soul Makossa” uznawane jest za pierwsze nagranie disco w historii. Dibango w swojej muzyce od lat 70tych łączy tradycyjną muzykę z Kamerunu z nowoczesnymi brzmieniami.

W Polsce nieczęsto można usłyszeć amerykański mainstream jazzowy w najlepszym tego tego słowa znaczeniu. US Five nie udziwnia nadmiernie języka gatunku, nie wywarza za wszelką cenę kolejnych drzwi. Po prostu pięknie nim władając zapisuje kolejną fantastyczną kartę w historii jazzu.

RadioJAZZ.FM poleca!
Kajetan Prochyra

kajtek[małpa]radiojazz.fm

Ketil Bjornstad Remebrance

Ketil Bjornstad - fortepian
Thore Brunborg - saksofon tenorowy
Jon Christensen - perkusja

 

Dobra, ambitna muzyka nie musi atakować słuchacza ani wyzywać go na pojedynek do pierwszej krwi. Ketil Bjornstad, znakomity norweski pianista, kompozytor i pisarz wydał nową płytę "Remembrance".

Płyty Bjornstada (a także jego literacka biografia Liv Ulman pt. "Linia życia") są dość łatwo dostępne nad Wisła. Jego kompozycje znalazły się nawet na ścieżce dźwiękowej do filmu "S@motność w sieci" Witolda Adamka (wcześniej z jego usług korzystali reżyserzy tacy jak Jean-Luc Godard czy Ken Loach). Mimo to nazwisko Bjornstad nie uruchamia w Polsce wyobraźni tak jak Garbarek czy Gustavsen, a szkoda...

"Floating" - album nagrany w trio z Merlin Mazur na perkusjonaliach i Palle Danielsonem na kontrabasie deklasuje w mojej opinii np. kochaną przez wielu "The Ground" tria Torda Gustavsena.
Takiej jak tam swobody i miejsca na indywidualność w klasycznym jazzowym trio, doprawdy ze świecą szukać. Bjornstad wydał ponad 50 płyt. Te najbardziej znane to m.in. muzyczne projekty z wiolonczelistą Davidem Darlingiem ("The Sea", "The River", "Epigraphs") czy wybitne koncertowe nagranie sprzed kilku lat "Live in Leipzig" - Bjornstad przy fortepianie, Terje Rypdal na gitarze elektrycznej.

W tym roku Bjornstad znów uformował trio. Do współpracy zaprosił swojego wieloletniego współpracownika, tytana norweskich bębnów Jona Christensena oraz bardzo ostatnio zajętego (obecnego na albumach m.in. "Third Round" Manu Katche czy "Restored Returned" Tord Gustavsen Ensemble) saksofonistę Tore Brunborga. Wszystkie kompozycje jak i cały album noszą wspólny tytuł "Remembrance".

Już w pierwszym fragmencie słychać o co na tym krążku chodzi - liryczna kompozycja, poetycki fortepian Bjornstada uzupełniony melodyjnym tenorem Brunborga, przełamane niepokornymi bębnami i blachami Jona Christensena. To fascynująca gra tego ostatniego przebija się tu na pierwszy plan, i chociażby dlatego warto sięgnąć po ten album. Z czasem jednak nabiera się pokory i docenia także delikatność kompozycji leadera, zaczyna się śledzić ewolucje kolejnych odsłon "Remembrance". Oryginalne jest prowadzenie zespołu przez Bjornstada - dyskretnie określa daną harmonie, dając czy to prowadzić temat, czy to improwizować Brunborgowi (V, VII). Mimo tego wycofania fortepianu na drugi plan, słuchacz poszukuje go, jak busoli. Nie raz zresztą ma się wrażenie, że melodię tematu inicjuje perkusja Christensena (III, VI)...

Płyty słucha się jednym tchem - od początku do końca - tak z resztą została nagrana - w trakcie krótkiej, jednodniowej sesji.
Gdzieś zasłyszane "Remembrance" od razu przykuwa uwagę. Muzyka na tej płycie to wcale nie słodka sielanka. Dużo tam refleksyjności, emocji, poszukiwań, niepokoju, nastrojów, które rzeczywiście skłaniają do zwolnienia tempa i, zgodnie z tytułem albumu, wspomnień i grzebania w pamięci.


To piękna, nietuzinkowa, poruszająca płyta, która dla nikogo nie będzie "zbyt trudna"

RadioJAZZ.FM poleca,

Kajetan Prochyra

Salif Ketia La différence

Salif Keita jest wyjątkowy, jest inny, i to jest piękne.
O tym jest jego najnowsza płyta, o której z całą odpowiedzialnością można powiedzieć to samo.

Salif Keita ma 61 lat. Mieszka pomiędzy Paryżem a Bamako - stolicą Mali. Jest albinosem, czyli "Jestem czarny, ale moja skóra jest biała i to mi się podoba, taka moja odmienność... Jestem biały ale moja krew jest czarna, kocham to, taka moja piękna odmienność", jak śpiewa w tytułowym utworze, otwierającym album "La Difference".

Dużo w tym albumie aktywności polityczno-społeczenej. Obok tytułowego apelu o tolerancje dla obmienności, w tanecznej, kołyszącej egzotyką "Ekolo d’Amour" wyśpiewuje Keita memento o dramatycznej sytuacji ekologicznej w jakiej znalazła się Afryka. W "San Ka Na Salif" wraca nad rzekę Niger, nad którą się wychował, by wskazać na bezczynności polityków w ochronie tej rzeki.

Muzycznie słychać tu oczywiście bogactwo rytmów i brzmień Afryki, wzbogaconych (a nie tylko urozmaiconych, czy, jak często bywa, popsutych) nowoczesną aranżacją. Płyta jest przebojowa, wpadająca w ucho. Najważniejszy pozostaje tu jednak cały czas charyzmatyczny, pełen pasji głos Salifa Keity. Byłoby tak i w przypadku nagrania a capella i takiego w towarzystwie wiedeńskich filharmoników. Keita poruszy każdego, nawet jeśli nie włada słuchacz francuskim ani bambara.

Największe wrażenie sprawia za każdym razem ostatni utwór albumu - "Papa". Ciężko pozostać obojętnym, kiedy dorosły, a w tym przypadku bardzo dorosły, mężczyzna przywołuje tak emocjonalnie własnego rodzica...

Jest kilka takich piosenek, a może mniej...
"Mama" Johna Lennona, być może "Bohemian Rhapsody" Queen
i "Papa" Salifa Keity.

Warto już dziś zapisać w kalendarzu datę jego najbliższego koncertu w Polsce: Warszawa, 2 października, namiot przed Pałacem Kultury i Nauki - finał 6 Warszawskiego Festiwalu Skrzyżowanie Kultur

RadioJAZZ.FM Poleca!

Kajetan Prochyra

Marcus Miller A Night In Monte-Carlo

Ponad trzy miesiące temu - 22 marca na polskim rynku ukazała się płyta, która musiała - prędzej czy później - zaistnieć w zakładce RadioJAZZ.FM Poleca.
Marcus Miller na tym krążku kolejny raz pokazuje nam, że jest wybitnym aranżerem. Stara się także (jak zawsze) sięgać po nowe, kontrastować i szokować. Nic więc dziwnego, że do jednego worka wrzucił - orkiestrę filharmonii z Monte Carlo+ skreczującyjącego DJ-a+ posługującego się techniką mouth trumpet wokaliste i gitarzyste+ gości pokroju Roya Hargrove'a, Herbiego Hancocka, a to w celu wykonania popularnych (nie tylko jazzowych) hitów, rzecz jasna wszystko zespolone brzmieniem gitar (i klarnetu basowego), feelingiem i myślą przewodnią Leadera.

Zarejestrowany koncert odbył się w 2009r. w murach opery Monte Carlo.
Pierwsze dwa utwory powalają na kolana! Są pełne pomysłów, 'ognia', drive'u i groovu tak typowego dla Millera.
To są właśnie moi faworyci na tej płycie. Szkoda tylko, że ich kolejność nie jest odwrotna. Gdyby tak w roku pięćdziesiątej rocznicy nagrania 'Kind of Blue' i swoich pięćdziesiątych urodzin Marcus otworzył album kompozycją 'So What'... zrobiłby sobie prezent a nam jeszcze większą frajdę. Jednak pierwszy - tak samo jak na Jego autorskiej płycie 'Free' sprzed trzech lat- jest numer 'Blast!'. Tym dwóm kompozycjom (jedna Marcusa druga Milesa) poświęcę więcej miejsca.

Klimaty indyjskie połączone z soczystym basem leadera nie są dla stałych słuchaczy żadnym zaskoczeniem. Jednak gdy po dziewięciu (a nie ośmiu jakby się można było spodziewać) taktach tematu granego na Jazz Basie Fendera wchodzą prawdziwe smyczki; zaczyna się robić niesamowicie ciekawie, bo o ile ich imitacja znana nam jest z roku 2007 to teraz to wszystko gra 'jako żywo'! Po chwili muzycy z filharmonii dzielą się z autorem kompozycji juz w prosty do przewidzenia sposób - po osiem taktów - następnie zaczynają współgrać (wyśmienicie) aż do sola saksofonisty Alexa Hana. Tego młodego muzyka pamiętamy doskonale z ostatniej wizyty Millera w Polsce, a mianowicie z listopada poprzedniego roku. Pamiętamy także fatalne nagłośnienie Hana, jednak styl jest podobny, rozpoznawalny, a sama improwizacja zagrana jak najbardziej na poziomie. Ponownie słyszymy temat, po nim natrafiamy na jedyny - moim zdaniem - zgrzyt w utworze, choć nie jedyny na płycie(od gwiazd się wymaga!). 'Solo', którego nie chciałbym omawiać, żeby nie psuć efektu całości. Po tym przykrym akcencie improwizację podejmuje leader. Świetne brzmienie, trochę kreatywności kilka znanych patententów, ale przede wszystkim funk i feeling- swego rodzaju wyczucie, z którym trzeba się urodzić. A cała rzecz rozgrywa się na tle riffów granych przez Federico Gonzaleza Pene, a także na chwilę dołączających do niego smyczków. Później pojawiają się dłuższe wartości nut wykonywane przez różnych członków orkiestry - zaczyna obój, w trakcie frazy dołącza klarnet na zasadzie kanonu - a kończy się na krótkich kotrapunktach blachy i ponownie szerszego instrumentarium wykorzystywanego przez orkiestrę. Tworzy to efekt zbierania sił na tytułowy wybuch i tak też się dzieje wraz z ostatnim powtórzeniem tematu. Mocny koniec utworu.
Mimo, że trzy lata temu zaraziłem się 'Blast'em' to teraz stwierdzam, że nawet trzy instrumenty wykorzystane na 'Free' przez leadera, świetne solo grającego wówczas Keitha Andersona, programowanie Millerów czy mix Taka Hondy nie bronią się przy t y m wykonaniu.

No i czas na pierwszy z wielu akcentów davis'owskich. Kompozycja 'So What' z pomnikowej sesji 'Kind of Blue'(1959)
Skoro pierwowzór budowany był na muzycznym charakterze Billy'ego Evansa to i tutaj mamy dosyć wiernie odzwierciedloną jego stylistykę. Tyle, że w jednej krótkiej części - wstępie. Jest on dość mrocznie i potężnie zagrany przez kontrabasy i wiolonczele, a z drugiej strony łagodnie skontrastowany głównie altówkami i skrzypcami. Marcus dołącza tam gdzie w oryginale Paul Chambers z ogromną, 'tłustą' barwą. Tu pojawia się sedno sprawy- wieloletni współpracownik Millera - Poogie Bell za bębnami nieoczekiwanie wchodzi w funk(!) -poprzedza go jeden takt swingu zagrany na hi hat'ie- i to nadaje kontrastu na całe najbliższe siedem minut. Po temacie nie ma już miejsca na walking w stylu Chambersa, jest za to groove pasujący pod beat Bella. Całość sunie do przodu. Improwizacja fortepianu, saksofonu i basówki. Słyszymy trochę elektroniki, ale na tyle zgrabnie wplecionej, że nic tu nie psuje, a przyprawia, dodaje smaku. Raz na jakiś czas odzywa się orkiestra, czasem niezauważalnie, ale zawsze jak najbardziej na miejscu. Rzuca się w uszy zmiana w momencie odpowiedzi orkiestry na linie melodyczną Marcusa, inaczej niż w oryginale, jednak wszystko doskonale współbrzmi. Repryza tematu i dość raptowne zakończenie (o ile mamy w pamięci wyciszający się oryginał sprzed pół wieku).

Tak jak pisałem na początku nad resztą utworów nie będę się rozwodził, bo płyta już po dwóch pierwszych zostaje na długo w pamięci, ale...
'State of Mind' wykonana głównie przez duet Marcus Miller - Raul Midon to perełka, o której muszę co nieco przemycić.
Nie jest to jazzowy utwór, a i na Marcusie się tu nie skupie. Raul Midon - czemu o nim nikt w Polsce nie mówi?! Jest to niewidomy gitarzysta i wokalista, który wypracował swój indywidualny styl gry na instrumencie. Kiedy gra Raul słyszymy perkusję, bas, melodię (jeśli akurat śpiewa to wokal jeśli wykorzystuję swój talent do mouth-trumpet to, rzecz jasna, słyszymy trąbkę) do tego komponuje muzykę i pisze teksty. Kiedy mowa o jednocześnie granych melodii, basie i perkusji to myślicie pewnie o Tommym Emmanuelu i jego finger style (swoją drogą Australijczyk jest mistrzem w swoim fachu!). Nie, nie, to coś innego. Technika, której nikt nie potrafi chociaż w 50% naśladować, a jeśli dodać czysty i pewny głos, albo naśladowanie trąbki, grając solo, bądź z gitarą (czasem unisono)... Sprawdzcie tego artystę - zapewniam, że się nie zawiedziecie. Co prawda w 'State of Mind' zakończenie jest fatalne i przydługie- stanowi to pewnie jakiś jeden procent utworu, więc jest mało istotne.

Kolejne utwory są już spokojniejsze. Chociażby dwa następne są ciągiem dalszym nawiązywania do Milesa. 'I Love You Porgy' z gershwinowskiej opery 'Porgy and Bess' prawdopodobnie jest nawiązaniem do anegdoty iż to przy tym utworze Gil Evans wskazał drogę do jazzu modalnego legendarnemu trębaczowi. Temat grany w końcówce lat pięćdziesiątych przez Davisa dzisiaj gra Miller. Aranżacja jest wspaniała. Szczególnie wtedy gdy faktura się zagęszcza po zagraniu tematu a jeszcze przed improwizacją. Co ciekawe, to w toku utworu okazuje się, że kontrast orkiestra - basista słabo się prezentuje, a z kolei saksofon pasuje jak ulał i chyba właśnie Alex Han mógłby tu przewodzić. Na marginesie trzeba dodać, że blacha z tłumikami komponuje sie tu jak ulał!
Utwór nr 5. 'Amandla' jak dobrze wiemy była ostatnią z trzech wspólnych płyt Milesa i Marcusa (wydana dwa lata przed śmiercią trębacza). Coraz bardziej schodzimy w rejony mniej wygodne dla basisty, za to gość - Roy Hargrove czuje się w tych klimatach jak ryba w wodzie. Jego trąbka kojarzy się z brzmieniem Davisa z drugiej płyty nagranej z leaderem 'A Night In Monte-Carlo' czyli z albumu 'Siesta'. Chociaż tak naprawdę Hargrove jest tutaj klasą sam dla siebie.
Mimo, że kolejny numer -'I'm Glad There Is You' - powstał już 69. lat temu to warto powiedzieć, że nic nie stracił na swej świeżości - przynajmniej w tej aranżacji i z tym trębaczem - ponownie ukłon w stronę Roya Hargrove'a.
Siódma pozycja na krążku to świetny (podejrzewam) utwór na koncert, coś pod publiczkę, jednak na płycie odbiera się go nieco inaczej. Jest to połączenie dwóch znanych numerów i na publiczność wpłynął napewno pobudzająco. Ja bym jednak pozostawił drugą część ('Mas Que Nada') bez wokalu Midona, bo orkiestra i stały skład basisty sprawuje się tam nienagannie Można zachwycać się talentem każdego z muzyków; Raula Midona jeśli chodzi o naśladowanie trąbki, Roya Hargrove'a, Marcusa, a z kolei Han gra w utworze krótkie solo, jednak tak pasujące do całości jakby było przygotowane jeszcze przed koncertem. Idealny koncertowy numer, szkoda, że bez ambitniejszej cody.Ostatni z koncertowych numerów to 'Your Amazing Grace'. Leader zaczyna rozmarzonym ośmiotaktowym tematem protestanckiej pieśni religijnej 'Amazing Grace' grając go na klarnecie basowym. Multiinstrumentalista sprawdza się także w tej roli, Bell wraz z taktem dziewiątym wkracza z ciekawą rytmiką, która towarzyszy nam do końca. Orkiestra ubarwia, Midon śpiewa - już w innej linii melodycznej (pierwowzór został skomponowany w pierwszej połowie XIX w,), również tekst jest inny (oryginał zapisano jeszcze w wieku XVIII). I to tyle jeśli chodzi o granie z desek opery w Montrealu.
Jest jeszcze jeden bonus track z Herbiem Hancockiem pochylonym nad klawiszami, a więc z natury ciekawy. Miller ponownie dzierży klarnet i kolejny raz mamy do czynienia z balladą. Jest to zapis studyjny, Kompozycja 'Strange Fruit', bo o niej mowa, naturalnie kojarzy nam się z Billy Holiday. Tutaj wykonanie instrumentalne. Za serce chwyta solo Hancocka, jak zawsze zagrane z głową, jednak bez specjalnej brawury - w końcu to ballada. Orkiestra dosładza tło, Marcus (klarownym i pełnym tonem) linię melodyczną i w ten oto sposób mamy pełną płytę. Muzyki starczy na ponad godzinę.

Ja napewno wracać będę do dwóch pierwszych pozycji. Koncert jako całość zaliczam do muzyki 'na dobry początek dnia'. Album pełen siły i wigoru w pierwszej części, rozmarzenia i melancholii na końcu. Nie ma mowy o nudzie. instrumentaliści prezentują świetny warsztat i kreatywność. Osobowości typu Midon, Hargrove, Miller dodają pozytywnej energii i nie zawodzą. Szkoda tylko, że płyta nie jest utrzymana w większości w klimacie tak żywiołowym jak otwierający 'Blast!' czy 'Mas Que Nada'

RadioJAZZ.FM Poleca,
Roch Siciński
roch[małpa]radiojazz.fm

Judith Berkson Oylam

Judith Berkson - głos, fortepian, organy Hammonda, Wurlitzera, Rhodes

Uwaga piękna płyta!

Manfred Eicher ma już od dawna swój zbiór muzyków, głównie europejskich, skandynawskich, często (choć nie zawsze) bliżej drugiej młodości. Na ECMowskich płytach grają oni w najróżniejszych konstelacjach i właściwie zawsze efekt ich muzycznego spotkania wart jest uwagi.
Kiedy jednak ukazuje się informacja, że Eicher, rękami swego współpracownika Steve'a Lake'a, wydaje płytę debiutantce, w dodatku zza oceanu, w dodatku płytę solową ciekawość wzrasta...

Judith Berkson jest sopranistką, pianistką, akordeonistką, kompozytorką a nawet kantorem w Synagodze.
Ma na koncie ma m.in. współpracę ze Stevem Colemanem, Kronos Quartet a także dobrze przyjętą płytę "Lu-lu" (Peakock Recordings). Prowadzi zepół "Platz machen", reinterpretujący muzykę żydowską. Swojego czasu zagrała nawet koncert w Krakowie na Festiwalu Kultury Żydowskiej (którego XX edycja właśnie się rozpoczęła).
Jej najnowsze dziecko nazywa się "Oylam", czyli świat, rzeczywistość, to co stworzone.
Płyta jest szalona, piękna a nawet fascynująca.

Choć Berkson obok klasycznego fortepianu ywykorzystuje ma płycie brzmienia elektro-akustyczne Rhodesa, Wurlitzera czy Hammonda, brzmienie "Oylam" definiuje jej głos. Płyta na początku wydaje się prosta i kameralna, jakby nagrywana była wieczorami, w pustym mieszkaniu, trochę dla zabawy, ćwiczeń czy dla kurażu. Po kilku utworach wychodzi na jaw, że album jest bardzo dokładnie przemyślany.
Fortepianowe "Goodby friend" stanowi klamrę kompozycyjną całości, w której mieszczą się i mieszają idiosynkrastyczne kompozycje takie jak "Inside good times", "Me re do", w których głos Berkson gra, bawi się z jej instrumentami - gonią się, chowają, przekrzykują, przybierając kolejne nastroje w kolejnych odsłonach. W tę nowoczesność, czy awangardę ekspresji wplecione są dwa ukłony w stron klasyków: Cole'a Portera ("All of You") i braci Gershwinów ("They can't take that away from me"). Dopisując się niejako do tradycji jazzowych śpierwników Berkson przetwarza je, piosenki zamieniając w dźwiękowe podróże z przygodami.
Najbardziej niezwykłym i chyba najpiękniejszym elementem "Oylam" Berksonowskie wykonania pieśni z tradycji żydowskiej - hymn kantoralny "Ahavas Oylam" i zupełnie zjawiskowe wielogłosowe wykonanie w jidysz i a capella "Hulyet, Hulyet". W ten nastrój świetnie wpisuje się jej interpretacja "Der Leireman" Franza Schuberta.

Jak widać "Oylam" jest przebogatą podróżą przez różnorodne fascynacje muzyczne Judith Berkson. Pod wspólnym mianownikiem jest głosu i pianistyki spotykają się klasyka jazzu z awangardą i eksperymentem, tradycja żydowska z XIX wiecznym romantyzmem. Całość tworzy nowoczesny, a za razem wolny od sezonowych mód, kompletny, spójny - piękny Album.

RadioJAZZ.FM Poleca,
Kajetan Prochyra
kajtek[małpa]radiojazz.fm

P.S.
Warto przy tej okazji wspomnieć, że, choć nie często, ECM wydaje płyty poszukujących wokalistek, by wspomnieć Meredith Monk, czy - mniej znaną - Normę Winstone (ostatnia, świetna płyta "Distances"). Polecam wszystkie Autorki.

Zbigniew Seifert Quartet Nora

Zbigniew SeifertZbigniew Seifert - saksofon altowy
Jan Jarczyk - fortepian
Jan Gonciarczyk - kontrabas
Janusz Stefański - perkusja

Płyta to niezwykła - jak odnalezione po latach taśmy ze wspólnego koncertu Johna Coltrane'a i Theloniousa Monka w Carnegie Hall.

Zbigniew Seifert był przede wszystkim znakomitym skrzypkiem jazzowym.Grał z gigantami światowego jazzu takimi jak Jack DeJohnette, John Scofield czy grupą Oregon. Zmarł w 1979 roku w wieku 32 lat. Płyta „Nora", z niepublikowanymi dotąd nagraniami z festiwali Jazz nad Odrą i Jazz Jamboree, przenosi nas nie tylko do samego początku twórczości Mistrza, ale także do czasów, w których muzyka improwizowana w Polsce dopiero się rodziła.

Spotkanie z tym albumem warto rozpocząć od lektury dołączonej do płyty książeczki. Aneta Norek, autorka biografii Zbigniewa Seiferta „Man of the Light" zabiera nas do Krakowa roku 1962. Tam, w liceum muzycznym przy ulicy Basztowej, nastoletni skrzypek Zbyszek, jego kolega z klasy fortepianu Janek Jarczyk, perkusista Janusz Stefański i fagocista Edward Anioł postanowili zacząć grać jazz. Byli za młodzi by chodzić na koncerty do klubów, więc improwizacji uczyli się stercząc przed wejściem do Jaszczurów czy Piwnicy pod Baranami. Słuchali audycji Willisa Conovera i ze słuchu rozpracowywali solówki Davisa, Coltrane'a, Colemana, Jarretta. Pomagał im w tym nauczyciel klarnetu Alojzy Thomys oraz profesor harmonii i analizy muzycznej Janusz Mroczek.

Seifert nie chciał smucić swojego profesora w klasie skrzypiec jazzową „profanacją" instrumentu. W swym pierwszym jazzowym zespole grał więc na... kontrabasie. Kiedy do grupy dołączył basista Jan Gonciarczyk, Zbyszek przesiadł się na saksofon altowy. Kochał Coltrane'a. Przez pierwsze 2 lata jego kwartet był laboratorium - jazzowym seminarium. Dopiero w listopadzie 1965 roku (Seifert ma 19 lat) wychodzą na scenę podczas krakowskich Zaduszek Jazzowych. Choć koncertują w krakowskich klubach, z błogosławieństwem Wiesława Dymnego i Jana Byrczka. Muszą jednak minąć jeszcze kolejne 3 lata nim zdecydują się stanąć w szranki rywalizacji na Festiwalu Jazz nad Odrą. W swym debiucie zajmują drugie miejsce - rok później wygrywają wszystko!

Historia tego Kwartetu zamyka się właściwie w roku 1970. Seifert gra równolegle z freejazzowym składem Tomasza Stańko (na alcie i na skrzypcach). Kilka lat później zaczyna pracę w USA. Tam okrzyknięto go Coltrainem skrzypiec. W 1976 roku wydaje już pod własnym nazwiskiem (płyty „Man of the light", „Zbigniew Seifert", „Solo violin"). Propozycji jest coraz więcej, a czasu pozostaje coraz mnie. W nocy z 14 na 15 lutego umiera, przegrywając walkę z nowotworem.

Dziś przypominamy sobie o Zbigniewie Seifercie. Oprócz wspomnianej biografii powstał film dokumentalny autorstwa Erin Harper (http://passion-themovie.com/), w Krakowie odbywa się festiwal Jego imienia. Teraz do rąk słuchaczy trafia płyta „Nora".

Na album składa się 8 kompozycji. Dominują utwory Seiferta i Jarczyka, ale podróż zaczynamy od korzeni: standardu „East of the sun" Brooksa Bowmana i ballady „Blue In Green" Milesa Davisa. Później następują m.in. delikatnie bossujące „Reminiscencje", wirujący „Taniec garbusa", czy transowy, trochę freejazzowy „Ten niezastąpiony".

Słuchać „Nory" to podróżować w czasie. Fantastycznie brzmią popisy fortepianowe Jarczyka, niebanalne zagrywki Stefańskiego na bębnach, pochody basowe Gonciarczyka i odważne, szalone, bardzo nowoczesne frazy saksofonowe leadera.

Przede wszystkim jednak z płytą „Nora" dostajemy kapsułę czasu po brzegi wypełnioną energią, pasją, kunsztem, zabawą i atmosferą, której inaczej dziś zaznać nie sposób.

RadioJAZZ.FM poleca!,
Kajetan Prochyra

kajtek[małpa]radiojazz.fm

Enterout Trio Pink Ivory

Piotr Mełech: klarnet i klarnet basowy
Adam Wróblewski: wiolonczela
Sebastian Grzesiak: perkusja

 

 

1. Terminus
2. improvisation 1
3. improvisation 2
4. Pink Ivory
5. Księżycowy
6. Sorrow
7. Robaczek
8. improvisation 3

Jeńców nie biorą. Bo i po co? Wychowani na różnych estetykach i doświadczeniach, tyleż eklektyczni co ujmująco niezdecydowani. Zadebiutowali na własnych zasadach i z dużym ryzykiem. I chwała im za to; Enterout Trio to muzyczna intryga w dawno nienotowanej stylistyce.

Już pierwsze takty napędzane siermiężnym riffem pozbawiają nas wątpliwości wobec muzycznej wizji niepokornych muzyków. Rockowy sznyt z klezmerską wibracją klarnetu po chwili ustępuje, a w jego miejsce wkracza frenetycznie punktująca wiolonczela Adama Wróblewskiego. W przeszło dziesięciominutowej kompozycji Terminus zawarte są wszystkie najciekawsze pierwiastki zespołu. Dalsze tematy i improwizacje (sztuk trzy) kontynuują i przetwarzają te wątki wydobywając z nich kolejne odcienie i barwy. Nie zawsze w tej palecie panuje napięcie, trudno też mówić tu o wielkich popisach solowych, - nie to jest siłą zespołu. Może to zbyt oczywiste, ale pozostaje nią sam zespół jako całość, całość przekonywująca i zaskakująca jak chociażby w środkowej części albumu.

W tytułowym Pink Ivory muzycy ulegają wyciszeniu i skupieniu nad pojedynczym dźwiękiem aby w następnym kroku (Księżycowy) zaatakować nas z siłą i mocą o którą nie podejrzewalibyśmy trzech muzyków.

Jazzowym fanom z krainy mainstreamu być może zabraknie tu pulsu i melodii. Z kolei wielbiciele muzyki współczesnej, klezmerskiej czy awangardy również mogę nie w pełni poczuć się nasyceni. Wyrazistość tej muzyki nie wywodzi się ze stanowczości ale konsekwentej płynności.

Dla kogo zatem jest ten album? Jeśli szukasz otwartej muzyki, z werwą i niebanalnym liryzmem, muzyki spoiwa i analizy, kontrastów i niebezpiecznych wycieczek to jest to muzyka właśnie dla Ciebie.

RadioJAZZ.FM poleca!
Łukasz Nitwiński
lukasz[malpa]radiojazz.fm

Mari Boine Sterna Paradisea

Mari Boine - głos
Georg Buljo - gitary
Svein Schultz - bas
Ole Jorn Myklebust - trąbka
Gunnar Augland - perkusja, gitara
oraz
Madosini - głos
Abaqondisi Brothers - chór
a także
Keneth Ekornes - perkusjonalia
Per Einar Watle - gitara
Bjorn Charles Dreyer - gitara
Herman Rundberg - gitara

"Sterna Paradisea" to łacińska, dość efektowna nazwa ptaszka, który po polsku zwie się rybitwa popielata. Każdego roku Sterna 3 miesiące spędza na północy Europy, następnie trzy miesiące leci do południowej Afryki, by tam przeżyć kolejną ćwiartkę roku i znów wrócić do Skandynawii. Za mapę służą mu gwiazdy. Potrafi spać frunąc – nic go nie zatrzyma. Mari Boine – gwiazda muzyki północy, najbardziej chyba znana członkini ludu Saami, zadedykowała temu ptaszkowi swój najnowszy album. A nagrała go właśnie w Republice Południowej Afryki.

Saamowie to społeczność żyjąca na północy półwyspu Skandynawskiego – w Norwegii, Szwecji, Finlandii i Rosji. Przez lata ich kultura i język były marginalizowane, a nawet zakazane. Mari Boine, pod koniec lat osiemdziesiątych postanowiła to zmienić. Zaczęła śpiewać w języku Saami Nord. Jej płyta „Gula Gula” trafiła na biurko Petera Gabriela. Były członek Genesis, autor wielu przebojów („Solsbury Hill”, „Mercy Street”, „Games without frontiers”, „Biko”) jest także producentem, animatorem i największym chyba promotorem muzyki świata – założycielem wytwórni Real World Records. Tam wydał płytę Boine i pokazał ją całemu światu.

„Sterna Paradisea” jest dziewiątą płytą w jej dorobku, pierwszą, którą nagrała, jak sama mówi, w ciepłym kraju, a nie w zimnym Oslo.
Nie tylko jednak temperatura wtargnęła w jej muzyczny świat. Gwiazda joik – tradycyjnego śpiewu Saamów – spotyka się tu z Madosini – prawie 90letnią ikoną, matką, królową muzyki wschodnich regionów RPA a także chórem Abaqondisi Brothers – 12 osobowy chór z okolic Cape Town. W wyprawie towarzyszył Boine jej norweski kwartet oraz kilku zaproszonych gości, także ze Skandynawii.

Co kryje album „Sterna Paradisea”? Podróż do krainy Saamów czy Fast-food muzyczny: afrykańsko-skandynawska kanapka w sosie własnym?

Ani jedno, ani drugie. Mari Boine jest autonomiczną artystką najwyższej próby. Czerpiąc inspiracje ze swoich korzeni, nie jest ich niewolnicą. Boine szuka nowych wyzwań i bodźców. Doświadczenia zdobyte w RPA wykorzystała znakomicie. Muzyka jest wręcz przebojowa, bez uciekania się to prostych, popowych zabiegów. Boine swym charakterystycznym i pełnym charyzmy głosem niezmiennie przypomina nam, tak jak w słynnym hymnie „Gula Gula”: wsłuchaj się w głosy przodków – także przodków w relacji cywilizacja – natura. Śpiewa o wierze, o Bogu, o nadziei na przyszłość, o córce, o wolności. Do tego gra z wybitnymi instrumentalistami. Ole Jorn Myklebust, odpowiedzialny za większość kompozycji gra tu na trąbce szeregu instrumentów ludowych skandynawskich i afrykańskich, Gunnar Augland jest wybitnym perkusistą, który na bębnach tworzy nie tylko rytm, ale całe melodie a może i światy, Georg Buljo na gitarach i mandoli gra i folkowo i rockowo. Siłę tego składu mogliśmy obserwować niedawno w warszawskiej filharmonii narodowej na koncercie Mari Boine w ramach cyklu Era Jazzu.

W Warszawie Artystka zdradziła, że pracuje nad pierwszą, w swym dorobku, płytą po angielsku. Część fanów będzie tym zszokowana, jednak, jeśli wsłuchać się dokładniej w jej nową muzykę, widać jak na dłoni, że Boine jest doskonale świadoma swojej twórczości, która rozwija się szybciej i ciekawiej, niż kiedykolwiek.

RadioJAZZ.FM poleca!!
Kajetan Prochyra
kajtek[małpa]radiojazz.fm

Leszek Kułakowski Ensemble piccolo Code Numbers

Leszek Kułakowski - fortepian
Krzysztof Gradziuk - perkusja
Piotr Kułakowski - kontrabas

Leszek Kułakowski wydał jedną z bardziej enigmatycznych książeczek do płyt, i jednocześnie chyba najciekawszy polski album jazzowy w tym roku. A to wszystko w jednym pudełeczku z napisem "Code Numbers".

"Żyjemy w czasach totalnego postępu technologicznego i rozwoju globalnej komunikacji. Każdy z nas korzysta ze zbioru kodów cyfrowych, dokonując transakcji finansowych, zakupów, czy korzystając z elektronicznych gadżetów" - pisze Kułakowski, dość jasno, w książeczce dołączonej do jego najnowszej płyty. Później jednak zaczynają się schody: "Proponowaną Muzyką próbuję definiować cyfrowo muzyczne zdarzenia. Naczelną ideą koncepcji płyty Code Numbers są stosunki między dźwiękami - wertykalne i linearne. Poszczególne utwory są skonstruowane według kodów cyfrowych odwzorowujących muzyczne spotkania. Interesują mnie zdarzenia w pionie - harmonika, zagęszczenie faktury, plany dźwiękowe. Wiele inspirujących wydarzeń dzieje się poziomo - stosunki interwałowe, powyginana melika, zabawa czasem, nakładanie wzorów rytmicznych. Tytuły utworów to wymienione już wcześniej kody, współczesne piny muzyczne 1212222, 44244, 66665 itd."
Na szczęście na koniec Kułakowski dodaje: "Nie zamierzam się zagłebiać teoretycznie i analizować poszczególnych utworów - zapraszam tylko do słuchania Muzyki"

Nie wiem czy udając krytyka powinienem również udawać, że wiem dokładnie co Artysta ma na myśli. Czym są muzyczne spotkania i jak się je cyfrowo, a co dopiero akustycznie koduje. Wiem natomiast, że płyta Code Numbers jest czarująca.

Trudno po takim wprowadzeniu Autora napisać coś mądrego o jego muzyce. Jeśli nie można mądrze, to spróbuję od siebie: Cały ten wstęp z książeczki, wydaje mi się głęboko ironiczny. "Cyfrowa muzyka" Kułakowskiego jest doskonałym zaprzeczeniem cyfrowych brzmień, jakimi jesteśmy otoczeni. Jest tu za to wszystko czego szukam w albumach fortepianowych, czy w nagraniach klasycznego trio a może w ogóle. Jest charakter, piękno, liryka i trans. Jest niebanalna sekcja - szczególnie poszukujący w szmerach i hałasach Krzysztof Gradziuk (RGG, Obara Trio). Jest tajemnica i nieoczywistość. To nie jest płyta, którą usłyszy się w czyściutkiej kawiarni, jedząc tartę i wypełniając na laptopie pola w arkuszu kalkulacyjnym (choć aż roi się tam od code numbers). Słuchacz zatapia się w tej muzyce.

Szczególnie podobają mi się "dodatki" czyli motywy "Free" - zaimprowizowane przez muzyków w studio. Sam autor stawia sprawę jasno: "Najpiękniejszy utwór płyty nosi tytuł Dolina Charlotty" i nie rzuca słów, ani nut na wiatr.

Płyta spod znaku włącz - usiądź - zasłuchaj się - zadumaj się - uśmiechnij się.

RadioJAZZ.FM poleca!
Kajetan Prochyra
kajtek[malpa]radiojazz.fm

Nigeria Afrobeat Special - The New Explosive Sound in 1970s Nigeria

01. Fela & The Africa 70 - Who're you? (Original 45 Version)
02. Eric Showboy Akaeze & His Royal Ericos - We Dey Find Money
03. The Anansa Professionals – Enwan
04. Saxon Lee & The Shadows International - Mind Your Business
05. Bongos Ikwue & The Groovies - Otachikpopo
06. Orlando Julius & His Afro-Sounders - Afro-Blues
07. Bob Ohiri and his Uhuru Sounds - Ariwo Yaa
08. Mad Man Jaga - Hankuri
09. Godwin Omabuwa & His Casanova Dandies – Do The Afro Shuffle
10. Segun Bucknor’s Revolution – Gbomojo
11. The Black Santiagos – Ole

W latach 70’ świat euroatlantycki był tak zafascynowany swoją muzyką, że jego uwadze umknęło coś absolutnie niezwykłego - fenomen afrobeatu; energia i rytm w czystej postaci. Wiele lat później nastała moda na odkrywanie tej muzyki. Miles Cleret, właściciel The Soundway Records to jeden z tych co kopią najgłębiej, bo u źródła. Jego wydawnicza seria Nigeria Special jest wybitną dokumentacją nieznanych wcześniej nagrań wyrwanych wprost z zapoconego i opętanego tańcem klubu w Lagos. Czuć nawet zapach tych muzycznych orgii.

Fela Kuti - jeśli ktoś jeszcze nie wie, „Ojciec Chrzestny Afrobeatu” - po powrocie ze Stanów Zjednoczonych zapoczątkował coś nad czym wkrótce już nikt nie miał kontroli. Żywioł afrobeatu ugotował w jednym garze funky, jazz i afrykańską muzykę Yoruba eksplodując na całą Nigerią i poza jej granice. Mekką pozostała oczywiście stolica. Jej muzyczne przeczesywanie daje jasne dowody jak wiele diamentów nie zostało należycie oszlifowanych. Poza Felą i Tonym Allenem (perkusista pozostający jego najważniejszym współpracownikiem) nie wielu zdołało wyjechać lub pozostało wiernych ojczyźnie.

Większość artystów zebranych na tym krążku pozostaje nieznanych, a niektóre nagrania nigdy wcześniej nie ujrzały europejskiego światła dziennego. Otwierający tą kompilację Who’re You Feli Kutiego znany był tylko z wygładzonej sesji londyńskiej. Tutaj w winylowej wersji (płyta na 45 obrotów) brzmi znacznie ostrzej i chropowato - to sygnał, że ta przejażdżka szybko się nie skończy i nie gwarantuje bezpiecznego lądowania.

Świdrujące syntezatory rozmywające się w gąszczu rytmu, saksofonowe odjazdy i kolektywne wokale zamieszają nie tylko w naszej głowie ale i na parkiecie. Nie sposób upilnować nóg. Opisywanie dalszej zawartości tego „małego cudu” nie ma sensu. Słynne stwierdzenie przypisywane Frankowi Zappie, że "pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze” pasuje tutaj jak ulał. Ta muzyka to po prostu kompletny rollercoaster.

PS: Płyta przedstawia historię afrobeatu nie tylko w dźwiękach. Dołączona książeczka jest dobrym i kompetentnie napisanym wprowadzeniem w ten świat.

RadioJAZZ.FM poleca!
Łukasz Nitwiński
lukasz[malpa]radiojazz.fm

Ana Moura - Leva-me aos Fados

Ana Moura - głos
Jorge Fernando - gitara
Filipe Larsen - gitara basowa

Zaskakująco dawno nie polecamiliśmy albumu śpiewającej damy. Nigdy też nie polecaliśmy nagrań rodem z Portugalii. W tym tygodniu pora to nadrobić.

Wszyscy, choć trochę zainteresowani muzyką, słuchacze RadiaJazz.fm znają Marizę - obecną królową fado - tradycyjnej muzyki portugalskiej. Pora przedstawić jej nieco młodszą koleżankę - Anę Mourę. Karierę artystka rozpoczęła w roku 2003 a płyta, którą mam przyjemność przedstawić jest czwartą w jej dorobku. W międzyczasie śpiewała w duecie z Mickiem Jaggerem i z Princem.

Po polsku tytuł jej najnowszego krążka brzmiałby: zabierz mnie do fado. Otrzymujemy fado w czystej postaci - głos, gitara portugalska i gitara basowa. Do tego liryzmu więcej jeszcze niż, tradycyjnego dla dźwięków z Lizbony, smutku - saudade. Mnie szczególnie do gustu przypadł utwór "Por minha conta". Może zupełnie bezpodstawnie, przypomina mi nastrojem muzykę Zbigniewa Preisnera.

Polecam, szczególnie na ten deszczowy maj, odrobinę poezji i zadumy z wygrzanego słońcem półwyspu iberyjskiego. Jeśli komuś będzie mało, sięgnąć może po film Carlosa Saury pod tytułem... "Fados".

RadioJAZZ.FM poleca!
Kajetan Prochyra
kajtek[małpa]radiojazz.fm
 

Kattorna - Straying to the Moon

Dawid Główczewski - saksofon altowy i sopranowy
Grzegorz Rogala - puzon
Łukasz Pawlik - fortepian
Max Nauta-Simonsen - kontrabas
Krzysztof Szmańda - perkusja

 

 

Debiutancki krążek młodych jazzmanów przyciąga uwagę przede wszystkim swoją jesienną aurą i Komedowską liryką. Nastrój zawieszenia pomiędzy nocą a dniem rozpływa się po pokoju z dala od niepokornych dźwięków. To co jest jednak zaletą quintetu jest także jego największą wadą.

Kompozycje Łukasza Pawlika, które w większości tworzą repertuar zespołu są przejrzyste i poprawne. Tak samo jak poprawna jest gra całego zespołu. No właśnie - “poprawność”, czy tego oczekujemy do nowych muzyków? Jeszcze jeden krok w tą stronę a zespołowi zagrozi syndrom jazzowej poduszki od umilania korporacyjnych bankietów, zresztą nie bez powodu Kattorna znalazła się na kolejnej składance ze “słynnej” serii “The Best of Polish Smooth Jazz”.

Drugim liderem zespołu wydaje się być puzonista Grzegorz Rogala. To dzięki jego grze muzyka nabiera interesującej barwy. Dzieje się tak zwłaszcza w otwierającej kompozycji Drop it (autorstwa Maxa Nauta-Simonsena) i w ciekawie, nieco progresywnie zinterpretowanej tytułowej Kattornie Krzysztofa Komedy. To właśnie w początkach albumu widać dobry potencjał muzyków - przede wszystkim w aranżacji i akcentowaniu poszczególnych elementów kompozycji.

Polecam tę płytę wszystkim fanom ładnego, nieco mainstreamowego grania na europejską nutę. Bardziej wymagający słuchacze również powinni zapamiętać tę nazwę. Jeśli zespół naostrzy swoją grę i spróbuje bardziej autorskiej wizji to być może będziemy mieli do czynienia z poważnymi graczami na naszej scenie.

RadioJAZZ.FM poleca!
Łukasz Nitwiński
lukasz[malpa]radiojazz.fm

Tubis Trio - Live in Luxembourg

Maciej Tubis - fortepian
Marcin Lamch - kontrabas
Przemek Pacan - perkusja
Andre Mergenthaler - wiolonczela

 

Artur Dutkiewicz Trio - Hendrix Piano

Artur Dutkiewicz - fortepian

Darek Oleszkiewicz - kontrabas (2,3,4,5,6,8)
Sebastian Frankiewicz - perkusja
Daniel Biel - kontrabas (1,7,9)
 

 

Na opisy muzyki Hendrixa i życia samego artysty wylano już hektolitry atramentu (to kiedyś) i wyklikano tysiące klawiatur (obecnie). Najważniejsze, że jest. Sięga po nią wielu muzyków - w tym jazzowych, ale na ogół są to instrumentaliści grający na gitarach, bądź co najmniej korzystający z instrumentów zasilanych elektrycznie czyli mających tzw. "czad". No bo Hendrix to emocje. On za pomocą gitary, sprzężeń, fuzzów, ring modulatorów, "kaczki" Dunlopa opowiadał bardzo emocjonalną historię.

To czy można opowiedzieć ją bez prądu? Czy może w sposób wiarygodny sięgnąć po nią jazzowe trio w najklasyczniejszej formie: fortepian, kontrabas, perkusja? Bez preparowania, efektów i dodatkowego poweru?

No i Artur Dutkiewicz udowodnił, że nie tylko można, ale nawet niektórzy powinni. Że on powinien. Bo udało mu się uchwycić sedno muzyki wielkiego J.H. za pomocą zupełnie innego arsenału środków niż tego do którego jesteśmy przyzwyczajeni przez kolejne pokolenia interpretatorów Jimi'ego. Znalazł sposób, a dzięki swojej wielkiej wrażliwości muzycznej, nasycił go emocjami jazzowego pianisty, przekazując nie tylko dźwięki oryginału ale także sens tej muzyki za pomocą innych kolorów. Dlatego Hendrix w wykonaniu Dutkiewicza nie tylko działa za pomocą "zasady Mamonia" ale też chwyta za serce. Ta płyta różni się w koncepcji od również nagranej w hołdzie dla muzyki Hendrixa płyty Jarka Śmietany: Śmietana wrócił do korzeni i zagrał ją w sposób możliwie wierny oryginałowi, Dutkiewicz opowiedział ją po swojemu. Wyraźnie słychać w nutach pianisty coś znad Wisły. I nie chodzi mi tu o pogardliwy "poland" - epitet jakim obdarzani są czasem muzycy grający bez swingu i feelingu. Chodzi raczej o słowiańską duszę, która nadaje bardziej osobistą barwę w tej stricte amerykańskiej muzyce.

Nie bez znaczenia w interpretacji i brzmieniu całości jest skład zespołu: fenomenalny basista Darek Oleszkiewicz, bębniarz Sebastian Frankiewicz oraz zastępujący Oleszkiewicza w trzech utworach Daniel Biel. Trio gra w tym składzie od lat (poprzednia płyta "Niemen") i zgrali się na tyle, że pewne wyczuwają się już podświadomie.

Koncerty z tym materiałem na pewno będą wydarzeniami, podobnie jak płyta, która z pewnością będzie hitem na rynku polskiego jazzu. P.S. Materiał muzyczny? Voodoo Chile, Little Wing, Maniac Depression, Hey Joe... itd.

RadioJAZZ.FM poleca!
Jerzy Szczerbakow
jurek[malpa]radiojazz.fm

Bobby McFerrin - VOCAbuLarieS

Bobby McFerrin - głos
Roger Treece - aranżacje, perkusjonalia, syntezatory
i ponad 50 niesamowitych wokalistów...

Wydarzenie bez precedensu. Ponad 50 śpiewaków z całego świata i 7 lat pracy studyjnej przy 1400 ścieżkach wokalnych. VOCAbuLarieS to zbiór kompozycji ponad granicami brzmień i gatunków, nowatorska wizja muzyki uniwersalnej.

Wielka w tym zasługa Rogera Treece, który jest głównym architektem projektu. Kompozytor, aranżer i wokalista w jednym zaprosił do studia najznakomitszych wokalnych reprezentantów jazzu, popu, word music i muzyki współczesnej. Obok lidera wystąpili m.in.: Lisa Fisher (obdarzona potężnym głosem wokalistka R’n’B) Luciana Souza (brazylijska diwa jazzowa), Sussan Deyhim (klasycznie wykształcona śpiewaczka z Teheranu), Janis Siegel (Manhattan Transfer) i wielu innych.

Połączenie tych wszystkich głosów i kultur pozwoliło uzyskać nową, niezwykłą koncepcję muzyki świata. “Jedna piosenka staje się tysiącem piosenek” - jak mówi Bobby McFerrin, ale możemy też odczytać to odwrotnie: tysiące piosenek stało się jedną pieśnią. Przypominają nam o tym słowa pochodzące z kilkunastu języków: łacińskiego, włoskiego, antycznego hinduskiego, zuluskiego, hiszpańskiego, rosyjskiego, hebrajskiego, portugalskiego, mandaryńskiego, japońskiego, francuskiego, arabskiego, niemieckiego, angielskiego, celtyckiego jak i własnego języka stworzonego przez Bobby’iego.

Największym być może zaskoczeniem jest spójność artystycznej unii przedstawionej przez McFerrina. Każda kompozycja to perełka przepływających harmonii i wielobarwnych faktur ujętych w pulsujący rytm. Powoli odkrywamy kolejne warstwy i odniesienia do muzyki afrykańskiej, bliskiego i dalekiego wschodu a nawet muzyki współczesnej w wyróżniającym się, przepięknym Brief Eternity, który w aurze tajemnicy zamyka album.

McFerrin zaproponował niezwykle ambitną i zaskakującą wizję. I chwała mu za to, bo to jeden z najbardziej niezwykłych album jakie przyjdzie nam usłyszeć w tym roku.

RadioJAZZ.FM poleca!
Łukasz Nitwiński
lukasz[malpa]radiojazz.fm

Tomek Sowiński & The Collective Improvisation Group - Synergy

Darek Herbasz - saksofon tenorowy
Jerzy Małek - trąbka, puzon
Piotr Mania - fortepian
Piotr Pawlak - gitara, dźwięki dodane
Adam Żuchowski - bas
Łukasz Ruszkowski - perkusjonalia
Tomasz Sowiński - perkusja

 

Ścieżka Dźwiękowa do filmu An Education (Była sobie dziewczyna)

Co? Soundtrack? Pomysły im się skończyły?
Nic podobnego. Sam byłem zdziwiony i sceptyczny, kiedy zobaczyłem okładkę albumu, wyglądającą dokładnie tak samo jak wszystkie inne ścieżki dźwiękowe dużych produkcji filmowych. Wygląda jednak na to, że tak samo jak film, tak i kompozycje mu towarzyszące, pod przykrywką popularnego "produktu kultury" przemycają dużo, dużo, dużo więcej.

"An Education" (polski dystrybutor wie lepiej, tytułując obraz: "Była sobie dziewczyna") to film Lone Scherfig, duńskiej reżyserki m.in. "Wilbur che się zabić" czy "Włoski dla początkujących". Doceniono go zarówno na festiwalu niezależnych filmów Sundance (nagroda publiczności w konkursie kina światowego, najlepsze zdjęcia w dramacie zagranicznym) jak i w Los Angeles - 3 nominacje do Oscara (najlepszy film, najlepsza aktorka pierwszoplanowa, najlepszy scenariusz adaptowany).
Elżbieta Królikowska-Avis tak napisała o filmie na łamach miesięcznika "Kino" (3/2010):

Zapowiedzi filmu sygnalizują klasyczną komedię romantyczną. I zapewne tak można byłoby ten obraz gatunkowo zakwalifikować, gdyby nie dwa zastrzeżenia: po pierwsze fabuła to udramatyzowane pamiętniki znanej dziennikarki Lynn Barber, a po drugie - emocjonalne zawirowania życiowe głównej bohaterki, Jenny, noszą wszelkie znamiona doświadczeń całej generacji. Czy to w Londynie, Paryżu czy w Warszawie.

Tyle aby zachęcić Was do pójścia do kina.
Teraz przekonać chcę Was do sięgnięcia po płytę.

Rok 1962 był chyba ostatnim, w którym Brytyjska młodzież szukała inspiracji po drugiej stronie kanału La Manche, a nie Oceanu Atlantyckiego - pisze w komentarzu do scenariusza jego autor: Nick Hornby - Na początku lat 60tych Londyn wciąż jeszcze wspominał wojenną zawieruchę. Amerykański rock'n'roll, amerykańskie wozy, amerykańskie dziewczyny to produkty powojennego dostatku USA. Wielka Brytania z wojny wyszła zrujnowana.

Na płycie znajdziemy 20 przebojów.
Część stanowią złote przeboje (choć dziwnie zapomniane przez rozgłośnie radiowe) takie jak Sous Le Ciel de Paris Juliette Greco, Sweet Nothin's Brendy Lee czy Tell the Truth Raya Charles'a. Część to nowe, świetnie wpasowane nagrania młodych gwiazd takich jak Duffy (Smoke without fire), Melody Gardot (Your Heart Is As Black As Night), Madeleine Peyroux (J'ai Deux Amours).

Pomiędzy nimi roi się od muzyki, która dla wielu będzie zupełnie nieznana. Kto pamięta dziś Floyda Cramera (pianistę Elvisa czy Roya Orbisona), Mel'a Torme (autora kompozycji Merry Christmas to You), Billy'ego Fury'ego, który w pierwszej połowie lat 60tych odnotował ok 30tu szlagierów na listach przebojów? Każda piosenka odsyła nas do pożółkłych, ale arcyciekawych kart historii muzyki rozrywkowej. Całość uzupełniają kompozycje napisane bezpośrednio do tego filmu przez Paula Englishby'ego.

Ścieżka dźwiękowa do filmu "An Education" jest wspaniałą kapsułą czasu. Przenosi nas w świat sprzed elektrycznych gitar, epoki Rolling Stonesów i Beatlesów. Do świata, w których jazz był muzyką pop.

RadioJAZZ.FM poleca!
Kajetan Prochyra 
kajtek[malpa]radiojazz.fm

Sza/Za - Przed południem, przed zmierzchem

Paweł Szamburski - klarnet
Patryk Zakrocki - skrzypce

Od tygodnia każdy mój poranek wygląda tak samo. 6:30 na zegarze a ja posuwistym krokiem sunę w stronę odtwarzacza. Pawłowi Szamburskiemu i Patrykowi Zakrockiemu udała się rzecz dość niezwykła – stworzyli dwupłytowy album do wielokrotnego słuchania, ba! - dwupłytowy album do słuchania w kółko! I można nawet w to kółko potańczyć – chociażby, dzięki takiemu Enerde - porannym, rutynowym podrygom nie ma końca. Udana ścieżka dźwiękowa do gimnastyki to jednak nie wszystko.

Siłą albumu jest jego wyważenie. Muzyka jest dość jednolita, a podział ról wyrazisty. Obaj muzycy zresztą prezentują swoje instrumentarium na skrzydełkach albumu. Zarówno klarnet „Szambiego” jak i smyki oraz kalimba Zakrockiego są wzmacniane, przetwarzane i zapętlane za pomocą drobnego arsenału przystawek, beat-boksów i innych wielobarwnych urządzeń.

Otrzymujemy muzykę ilustracyjną (rodowód nagrań wywodzi się z przedstawień Pawła Cieplaka) i wolną od jednoznacznych nalepek jazzu, improwizacji czy alternatywnych poszukiwań. Jest miło i przyjacielsko. Żadnego ciśnienia i niebezpiecznych ambicji. Kompozycje są klarowne ale nie nazbyt proste, repetycyjne ale nie nudne. Coś jak skrzyżowanie miejskiego rytmu z prowincjonalną sielanką. Od razu polubimy tę płytę, tym bardziej, że autorzy uwzględnili w niej nawet porę odsłuchu.

Pierwszy krążek do propozycja przed południowa, nieco bardziej gibka i kolorowa, swobodna. Na drugim warstwa brzmieniowa i kompozytorska pozostaje bez większych zmian, przeniesieniu ulegają natomiast akcenty emocjonalne – mamy tu więcej refleksji i zadumy, choć tak naprawdę podział ten nie jest zbyt jaskrawy. Drobnym zgrzytem są zupełnie niepotrzebne wtrącenia słowne między utworami. Coś jak dowcip sytuacyjny, którego z zasady się nie da opowiedzieć. To drażni, ale nawet taki dialog o „znalezisku na wrzosowisku” nie są w stanie wytrącić nas ze stanu błogiego komfortu przebywania z tą płytą.

RadioJAZZ.FM poleca!
Łukasz Nitwiński
lukasz[malpa]radiojazz.fm

Maciej Obara Special Quartet - Four

Maciej Obara - saksofon altowy
Ralph Alessi - trąbka
Mark Helias - kontrabas
Nasheet Waits - perkusja

Żeby było zabawniej trzecia autorska płyta Macieja Obary nosi tytuł "Four" - cztery. Tym większy to jednak wyraz szacunku dla muzyków, którzy spotkali się w brooklińskim studio w styczniu tego roku. Poza tym nazywanie jej "three" mogłoby budzić zbyt oczywiste skojarzenia z "free" a to zdradzałoby zbyt wiele. A więc kim jest tytułowa "czwórka"?

Maciej Obara to wielka nadzieja polskiej muzyki improwizowanej. Najpierw kilka lat temu wygrał Bielską Zadymkę Jazzową - w nagrodę wydał pierwszą płytę swojego zespołu pt. "Message from Ohayo"(z Maciejem Grabowskim i Krzysztofem Gradziukiem, stanowiącymi również G.G. w formacji RGG). Potem przyszła koncertowa współpraca z Tomaszem Stańko (New Balladyna Quartet), z Maciejem Grzywaczem (płyta "Fourth Dimension) a w zeszłym roku druga płyta w trio pt. "I can do it".

Dzięki tym osiągnięciom, a może dzięki własnym ogromnym ambicjom, otrzymał Obara stypendium, która na kilka miesięcy pozwoliło mu przenieść się do Nowego Yorku, gdzie pod swoje skrzydła wzięli go, poznani na bielskich warsztatach, amerykańscy improwizatorzy.

Ralph Alessi, który płyty "Four" jest praktycznie równoległym leaderem, trębacz, kompozytor i nauczyciel, ma na swoim koncie wspólne nagrania z muzykami takim jak Steve Coleman, Uri Caine, Don Byron, Ravi Coltrane, czy Liberation Music Orchestra Charliego Hadena. Jest inicjatorem akcji "Szkoła Improwizacji" http://www.schoolforimprov.org/ , wykłada na wydziale jazzu NY University.

Mark Helias to przede wszystkim kontrabasista zespołu Anthony'ego Braxtona. Jego gra przekracza granice jazzu, bardziej i głębiej zmierzając w stronę muzyki współczesnej, sonorystyki i czystej improwizacji. Gra koncerty z najróżniejszych składach - od występów solowych, przez duet basowy jako "The Marks Brothers" z Markiem Dresserem, trio BassDrumBone z Gerry'm Hemingway'em i Ray'em Andersonem i co tylko może sobie wyobrazić.

Nasheet Waits nosi ciężar nazwiska swojego ojcia Freddi'ego Waitsa - perkusisty w zespołach m.in. Elli Fitzgerald, Sonny'ego Rollinsa, Maxa Roacha, McCoy Tynera. Jednak i syn zdobywa uznanie - jego płyta "Black Stars" wybrane płytą roku 2001 przez New York Times a on sam okrzyknięty najbardziej ekscytującym obecnie perkusistą wg. Jazz Times.

Płyta "Four" z wierzchu robi wrażenie trudnej, hermetycznej, bardzo free. Kiedy jednak poświęcić jej więcej uwagi, wielką radość sprawi np. kompozycja Duo, w której równolegle improwizują Obara i Alessi. Zapada w ucho najspokojniejsza, najbardziej melodyjna kompozycja Eye to eye. Z kolei Honey Lips czy, otwierające album Morph to spora dawka bardzo nowojorskiej, trochę Masadowej energii.

W utworach Obary słychać nauki Tomasza Stańko, ale już przetworzone, wzbogacone temperamentem i poszukiwaniami młodego alcisty. Świetnie słychać to w utworze So?, który zaczyna się bardzo grzecznie, by potem melodia ustąpiła miejsca brzmieniom kontrabasu Heliasa, który jakby badał możliwości brzmieniowe instrumentu, by potem wdać się w pojedynek z bębnami Nasheeta Waitsa.

To co robi Maciej Obara jest nietypowe jak na polską scenę jazzową. Właśnie... jazzową? Dla Obary ważniejsze od wpisania w tradycję gatunku są własne poszukiwania w improwizacji. Poszukiwania zakrojone na bardzo szeroką skalę. Nie kisi się we własnym sosie ani nie tarza w krajowych splendorach. Jedzie do nowojorskiej mekki i gra z lepszymi od siebie. Dawno nie słyszeliśmy takiej polskiej płyty. Na jesieni ukaże się kolejna Obary pamiątka z NYC - tym razem w trio. Plotkarze czekają też na płytę M.O. wydaną przez ECM - wieść niesie, że Manfred Eicher od pierwszej płyty obserwuje naszego muzyka.

Obara tą płytą wpuszcza bardzo dużo świeżego powietrza do naszego muzeum polskiego jazzu. Należy otworzyć szeroko okna i słuchać.

RadioJAZZ.FM poleca!
Kajetan Prochyra
kajtek[malpa]radiojazz.fm

Sonny Rollins - Road Shows vol.1

Sonny Rollins – saksofon tenorowy
Clifton Anderson – puzon
Mark Soskin - fortepian
Stephen Scott – fortepian
Bobby Broom – gitara
Jerome Harris - kontrabas
Bob Cranshaw - kontrabas
Christian McBride – kontrabas
Al Foster - perkusja
Victor Lewis - perkusja
Perry Wilson - perkusja
Steve Jordan - perkusja
Roy Haynes – perkusja
Victor See-Yuen - instrumenty perkusyjne
Kimati Dinizulu – instrumenty perkusyjne

Czy Wy też chorujecie na Sonny’ego Rollinsa? Tak, tak – na Rollinsa się choruje. Przypadłość tę zdiagnozował chyba jako pierwszy w naszym kraju Jan „Ptaszyn” Wróblewski. Na czym ona polega? Otóż rozwija się stopniowo. Przy pierwszym kontakcie z muzyką „Colossus’a” pacjent zwykle nie zachwyca się od razu. Narzeka nawet trochę na jego sound. Ale stopniowo budowane sola, często poprzez charakterystyczne powtarzanie i modyfikowanie motywów zaczerpniętych z tematu, mimowolnie zapadają bardzo głęboko w pamięć. Po jakimś czasie człowiek po prostu uświadamia sobie, że kocha muzykę Rollinsa. Nie inaczej było ze mną, chociaż jestem już w tak zaawansowanym stadium, że nie uważam go nawet za saksofonistę, ponieważ indywidualność jego stylu przekracza moim zdaniem pojęcie „grania na saksofonie”. Ale do rzeczy!

Udowodnić to wszystko może najnowszy album zatytułowany „Road Shows vol.1”. Jest to składanka (w najlepszym możliwym znaczeniu tego słowa) koncertowych nagrań, wybranych osobiście przez Rollinsa, z jego przepastnych archiwów. Nagrywa on bowiem wszystko, co tylko się da, mimo że później często krytycznie podchodzi do własnych dźwięków. Składy są tu różne, a nagrań dokonano na przestrzeni prawie 30 lat, ale mimo to płyta jest bardzo spójna. Rozpoczyna się naprawdę mocnym uderzeniem. Pierwszy numer to teatr jednego aktora, aczkolwiek możemy się tu także przekonać o wielkości fenomenalnie akompaniującego Ala Fostera. Rollins podczas trwającego prawie 9 minut „Best Wishes” robi przerwy tylko na oddech, a jego kompani tworzą jedynie tło, bacząc by nie wychylać się za bardzo przed Mistrza. Solo, które tutaj gra, jest po prostu genialne i nic dziwnego, że nie chciał go zbyt szybko kończyć – kapcie spadają. Drugi utwór – już nie tak egoistyczny, ale jego finał także nie pozostawia wątpliwości kto tu rządzi. W kolejnym możemy usłyszeć jak doskonale można bawić się wspólnym muzykowaniem i chyba jest to mój faworyt na tej płycie, chociaż niezwykle trudno wyróżnić jakikolwiek kawałek, gdyż każdy ma w sobie coś pysznego. Wreszcie polski akcent! „Easy Living” (rok 1980 – Warszawa). Tutaj mamy do czynienia z najgorszej jakości nagraniem na całej płycie, ale niestety tak już wtedy bywało z rejestrowaniem koncertów w Sali Kongresowej. Rollins rekompensuje nam to jednak fenomenalną kadencją, która przypomina, że jest to muzyk grający niegdyś pełnowymiarowe, solowe koncerty! Następnym numerem jest „Tenor Madness”, którego chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Tutaj ponownie Mistrz wprost pożera całą przestrzeń przewidzianą na solówki, nie dzieląc się z resztą zespołu. Inaczej jest w „Nice Lady” – rzeczywiście miłym, a także lekkim i przyjemnym calipso (jakże by wyglądała płyta Rollinsa bez choćby jednego!). Świetnie w tym klimacie czuje się także Clifton Anderson, co udowadnia radosną improwizacją. Znalazło się też miejsce na zgrabne solo Kimati Dinizulu na bongosach. Na zakończenie wolniejszy „Some Enchanted Evening”– żebyśmy w spokojniejszym nastroju mogli dotrzeć do finału tej wspaniałej uczty i odruchowo nie zaczęli prosić o bis, bo nie jesteśmy mimo wszystko na koncercie i na to liczyć niestety nie możemy (choć nie zupełnie, o czym na koniec).

Poza tym, że album ten to niewątpliwie sama słodycz na każde jazzowe uszy, żadnych zastrzeżeń nie budzi on także od strony wizualnej. Świetnie pomyślana okładka, adekwatna do muzyki na płycie oraz kilka koncertowych zdjęć dodatkowo umilają słuchanie.

Podsumowując mamy w tym przypadku do czynienia z wydarzeniem na jazzowym rynku płytowym i jeżeli ktoś nie ma jeszcze tego albumu, to niech biegnie do sklepu i nadrobi zaległości. Na deser najlepsza wiadomość. Tytuł „Road Shows vol. 1” w oczywisty sposób sugeruje, że jest to początek cyklu płyt z koncertowymi nagraniami Rollinsa. Nie mogę się już doczekać kolejnych i oby był to cykl iście kolosalny, na miarę Sonny’ego Rollinsa!

RadioJAZZ.FM poleca!
Kacper Pałczyński

Jaga Jazzist - One-Armed Bandit

Mathias Eick – fortepian, trąbka, róg, klawisze, bas
Lars Horntveth – klarnet, flet, gitara, fortepian, bas, saksofony
Line Horntveth – flet, perkusja, tuba, dzwonki, wokale
Martin Horntveth – perkusja, bębny, programowanie, mandolina
Erik Johannessen – puzon, marxophone
Andreas Mjos – gitara, perkusja, marimba, wibrafon
Øystein Moen – organy, syntezator, perkusja, fortepian
Even Ormestad – bas, perkusja, klawisze
Stian Westerhus – perkusja, gitara, harfa, gitara 12 strunowa, efekty
Mike Hartung – miks
Lap Steel – gitara

Dla niektórych fanów jazzu Norwegia jest muzyczną Mekką, a na pewno krainą mlekiem, miodem, i muzyką Garbarka, Gustavsena, Molvaera, i wielu, wielu, (zaskakująco) wielu innych płynącą. Wydaje się, że mają tam jakieś inne powietrze, że nasze morze inaczej u nich bije o brzeg. Mają swój unikatowy styl. Ja sam jestem jego ogromnym fanem.

Tymczasem nie samą ciszą „produced by Manfred Eicher” jazzowa Norwegia żyje. 10 osobowe Jaga Jazzist wydało nową płytę pod, chwytliwym w rozpolitykowanej Polsce, tytułem „One Armed Bandit” czyli jednoręki bandyta. Tak brzmi jazzowy big band z XXI wieku!

Nie lubię fusion. Przepraszam. Lubie kameralne, nastrojowe, tajemnicze granie. Płyty, które są albumami – tworząc przemyślaną opowieść a czasem nawet inny świat. Mimo to ogromnie podoba mi się „One armed bandit”!

Trzeba naprawdę wprawnego ucha by rozpoznać każdy element przebogatego instrumentarium Jagi, zatopiony dodatkowo w gigabajty elektroniki i elektryki przetworników. Przy pierwszym przesłuchaniu staje się przed ścianą dźwięku – rytmicznej, energetycznej, super dynamicznej i radosnej orkiestry. Genialnie jeździ się z Jagą samochodem, świetnie sterczy pod klubem przy minus kilkunastu stopniach. „One armed bandit” przyspiesza czas.

Na krążku nie ma spektakularnych solówek – są za to przeboje: od utworu tytułowego, przez doskonały „Bananflour overalt” po "Book of glass". Na całej płycie pobrzmiewają do spółki duchy Franka Zappy, z bogatym i szalonym brzmieniem orkiestry i Philipa Glassa, z minimalnymi, repetatywnymi motywami, oraz dźwiękami inspirowanych maszynami przemysłowymi, albo i filmami science fiction z lat 80tych...

Dużo się tam dzieje... Świetna płyta. Muzyczna rozrywka na bardzo wysokim poziomie.

RadioJAZZ.FM poleca!
Kajetan Prochyra
kajtek[malpa]radiojazz.fm

Cukunft - Itstikeys/Fragangenhheit

Raphael Rogiński – guitara
Paweł Szamburski – klarnet
Michał Górczyński – klarnet
Paweł Szpura – perkusja
Kuba Kossak – fagot
Adam Różański – perkusja
Piotr Kaliński – perkusja
Tomasz Duda – saksofon, flet, klarnet bassowy

gościnnie:
Olga Mysłowska – wokal
Ewa Żurakowska – wokal

Richard Bona - Ten Shades Of Blues

Richarda Bony nie trzeba w Polsce przedstawiać. Charyzmatyczny a jednocześnie ciepły, uśmiechnięty muzyk, który bez najmniejszego kłopotu porywa tłumy na koncertach. Chyba najbardziej znany dziś Kameruńczyk na świecie, porównywany ze Stingiem, choć gdyby zestawić drogi obu z nich, to Brytyjczyk miał dużo bardziej z górki.

Płytami takimi jak „Scenes from my life”, „Reverence” czy „Munia” stworzył swój oryginalny muzyczny język, choć sam śpiewa w douala. Znakomity basista (spełniony chociażby w Pat Metheny Group), świetny wokalista i autor. Tyle wystarczy by kolejnej płyty Bony wyczekiwać z zapartym tchem.

„Bo blues to zawsze blues jest – nigdy cię nie zwiedzie” - miał ponoć mawiać John Lee Hooker. Dla Bony język bluesa jest uniwersalny, zrozumiały tak samo w Ameryce, Afryce czy Azji. Tytułowe 10 odcieni mają być tego dowodem.

Dla niektórych płyta ta będzie świetnym, melodyjnym relaksem. Maruderzy (jak niżej podpisany) rozłożą jednak ręce w geście bezsilności: ciężko bowiem posunąć się dalej w komercjalizacji muzyki etnicznej. Do popowej czary wsypmy porcję muzyki Bony, porcję indyjskich rag, dużo muzycznego brokatu a otrzymamy przebój „Shiva mantra”. Jeśli ragi zamienimy na banjo powstanie utwór „African Cowboy”. Najmniej usłyszymy na tej płycie jazzu. Zamiast niego dużo, dużo słodyczy. Bona śpiewa na tym krążku także po angielsku. Okazuje się, że poszerzenie audytorium (więcej potencjalnych odbiorców muzyki Bony posługuję się angielskim niż douala) nie przekłada się pogłebienie jego refleksji.

Robertowi Brylewskiemu przypisuje się hasło „albo emocje albo promocje”. Przy płycie „Ten shades of blues” Bona wybrał chyba to drugie. Muzyka zagubiła gdzieś nastrój szczerości, obecny na jego poprzednich krążkach. Liczę, że za pieniądze zarobione na nowej płycie, nagra nasz Richard kameralną, piękną płytę.

RadioJAZZ.FM poleca!
Kajetan Prochyra
kajtek[malpa]radiojazz.fm

Michael Nyman & Motion Trio - Accoustic Accordions

Michael Nyman – fortepian
Janusz Wojtarowicz – akordeon
Paweł Baranek – akordeon
Marcin Gałażyn – akordeon
Nigel Barr – puzon, waltornia

Z muzyką Nymana zawsze był mały kłopot; dla kompozytorów filmowych jest zbyt trudna, a dla klasycznych zbyt kategoryczna i prosta. Podobne niedopasowanie wiąże się z akordeonowym Motion Trio, których aktywność wymyka się standardowym klasyfikacjom. Efekt zbudowania muzycznego pomostu między tymi światami przyniósł zaskakujący (a może wprost przeciwnie?) skutek – wzbogacił i uzupełnił muzykę Nymana o nowe i jednocześnie tożsame terytoria.

Michael Nyman to kompozytor wywodzący się z kręgu muzyki współczesnej wpisujący się w postmodernistyczny minimalizm. Dzięki efektownemu, popowemu wręcz opakowaniu jego wizja rytmicznej, repetycyjnej muzyki nie została skazana na margines. Duża w tym zasługa Petera Greenaway'a który wielokrotnie zapraszał go do współpracy. To kompozycje z jego filmów (m.in. "Kontrakt rysownika", "Wyliczanka" czy "Księgi Prospera") stanowią główny materiał dźwiękowy płyty.

Pomysł na współpracę studyjną narodził się podczas festiwalu polskich filmów w Londynie, gdzie muzycy zaprezentowali przed międzynarodową publicznością swoją wspólną twórczość. Szybko okazało się, że aranżacyjne pomysły Wojtarowicza zainspirowały i pozytywnie zaskoczyły Nymana. Efekt nowej energii musiał znaleźć ujście w studiu. Ich nie interesuje wyłącznie reprodukcja mojej muzyki, ale prowadzenie jej w nowe miejsca. (...) Dla kompozytora to czysta rozkosz usłyszeć własne dzieło w tak zaskakującym kontekście. – wspomina Michael Nyman.

I tak jest w rzeczywistości. Tematy, które dobrze znamy zostały subtelnie przeakcentowane i przefiltrowane przez możliwości trzech akordeonów. Trysting Fields zaskakuje łagodnym tonem eksponującym na nowo poetkę Nymanowskiego minimal music. Chasing Scheep is Best Left to Shepherds – jeden z najsłynniejszych tematów Nymana – podobnie uwypukla to co wcześniej pulsowało w drugim planie; dziecięca radość, spójna ale nie monotonna barwa. Doskonałym kontrapunktem dla akordeonowych, energicznych przetworzeń są wyciszone, zbudowane na fortepianowych akordach If oraz The Heart Asks Pleasure First (bestsellerowy motyw z „Fortepianu” Jane Campion) z autorem grającym solo. Jedyną kompozycją lidera Motion Trio, Janusza Wojtarowicza jest zamykający album Silence. W kontekście muzyki Nymana temat ten zyskuje nowy kontekst i wartość a my potwierdzenie, że nawiązanie współpracy między muzykami było naturalną kontynuacją muzycznej drogi obu muzyków.

Piękna, wielowymiarowa płyta na każdą porę roku. Być może nie mamy tu do czynienia z osiągnięciem wybitnym czy nowatorskim - jest to raczej pewna propozycja na którą przystajemy ogromną przyjemnością. Mam nadzieję, że dzięki temu wydawnictwu muzycy z Motion Trio staną się jeszcze bardziej entuzjastycznie przyjmowani w naszych kraju, co w przypadku najlepszych rodzimych muzyków nie jest regułą. Brawo!

RadioJAZZ.FM poleca!
Łukasz Nitwiński
lukasz[małpa]radiojazz.fm
---------------------------------------

Motion Trio to polskie trio akordeonowe, które tworząc swój oryginalny styl od lat nagrywa płyty i koncertuje na całym świecie. Podobnie jak zespół Behemoth popularny jest chyba bardziej za granicą niż w ojczyźnie. Michael Nyman to jeden z najbardziej znanych kompozytorów muzyki filmowej. Jego nutami brzmią filmy Petera Greenawaya, "Fortepian" Jane Campion a ostatnio także polski "Jestem" Doroty Kędzierzawskiej. Na początku września zeszłego roku panowie spotkali się w studio im. Agnieszki Osieckiej aby nagrać wspólnie płytę.

"Estetyka Nymana: niezwykła motoryczność, chropowatość tej muzyki jednocześnie połączona z głębokim liryzmem jest mi i całemu Motion Trio bardzo bliska" - pisze w książeczce dołączonej do albumu lider tria Janusz Wojtarowicz. Michael Nyman w jednym z wywiadów przyznał, że to dopiero Polacy odczarowali dla niego akordeon - przypisany dotychczas piosence francuskiej (a nad Wisłą kojarzony także z cyganami grającymi w tramwajach "Fale Dunaju", a w okresie przedświątecznym bossujące "Wśród nocnej ciszy").

Muzyka na płycie jest bardzo dynamiczna, chciałoby się rzec "trójwymiarowa". Świetnie uzupełnienia zespół Nigel Barr na instrumentach dętych. Jak muzyczne słuchowisko brzmi bogate, zmienne Wedding Tango. Na szczególną uwagę zasługują też dwa rodzynki - solowy występ Michaela Nymana The Heart Asks Pleasure First - wiodący motyw z filmu "Fortepian", oraz Silence - zamykająca płytę kompozycja Janusza Wojtarowicza - znak rozpoznawczy Motion Trio.

Album przypadnie do gustu fanom twórczości Nymana oraz tym, którzy nie spotkali się wcześniej z muzyką polskiego tria. Jeśli jednak sięgnąć po krążki "Live in Vienna" czy późniejsze "Play Station", "Metropolis" czy "Pictures from the street" słychać doskonale, że Polacy potrafią dużo, dużo więcej - od lat tworzą teatr dźwięków i wyobraźni, a nie tylko muzykę akordeonową. Album zdaje się być bardziej hołdem dla twórczości brytyjskiego kompozytora, niż kolejnym krokiem w ewolucji Motion Trio.

Muzycy spotkają się znów przy okazji prac nad najnowszym filmem Jerzego Skolimowskiego. Nyman zna już możliwości Wojtarowicza, Baranka i Gałażyna. Oby potrafił dodać im jeszcze więcej magii.

RadioJAZZ.FM poleca!
Kajetan Prochyra
kajtek[malpa]radiojazz.fm

Wojtek Mazolewski, Irek Wojtczak, Michał Goś - Freeyo

Wojtek Mazolewski – bass
Irek Wojtczak – saksofon
Michał Goś – perkusja

 

Wojciech Majewski - Opowieść

Wojciech Majewski - fortepian
Tomasz Szukalski - saksofon tenorowy
Robert Majewski- trąbka
Jacek Niedziela - kontrabas
Krzysztof Dziedzic - perkusja

Przyznam, że czekałem na ten krążek od 2006 roku, czyli od pierwszego przesłuchania "Zamyślenia", ale kiedy wziąłem do ręki pudełko i przeczytałem, że nagranie miało miejsce w tym samym roku w maju, to ucieszyłem się, że nie wiedziałem tego trzy lata temu, bo przez ten czas wyszedłbym z siebie.

Jest to trzeci projekt Wojciecha Majewskiego po "Grechucie"(2001) i wspomnianym "Zamyśleniu" (2003), osadzony w charakterystycznym stylu jaki rozwija Majewski od początku kariery - trudny do pomylenia z innym pianistą sposób płynącej, czasem wręcz romantycznej artykulacji, liryczne tematy i pełne ekspresji improwizacje. Słyszymy tu kompozycje dalekie od typowych form i schematów, wymagające od odbiorcy zaangażowania. Materiał przeznaczony jest bardziej dla miłośników filharmonii, niż dla gości polskiego klubu, gdzie 25% 'słuchaczy' przyjdzie pogadać i wypić, przeszkadzając widowni.

Pierwsza kompozycja (grana solo przez lidera) zaczyna się nostalgicznie, do czego jesteśmy przyzwyczajeni po doświadczeniach poprzednich krążków, tyle że w tym wypadku ma ona inny wymiar. Utwór nosi tytuł "Pożegnanie 2005" i po jego wysłuchaniu wiemy doskonale, komu dedykowana jest cała płyta. Zaczyna się suita.

Siedem połączonych ze sobą utworów, w tytułach różniących się tylko numeracją (Opowieść I, Opowieść II, aż do Opowieść VII),a kryjących wielki ładunek emocjonalny. Od początku można wyobrazić sobie fabułę owej opowieści (w domyśle biograficznej), w dowolnej formie: książki lub filmu. Historia opowiadana bez słów, a jednak mówiąca bardzo wiele.

Po pierwszej części granej solo na fortepianie, dołącza, a właściwie uderza z wielką siłą, pełen skład kwintetu. I to jak! Rzucający się w uszy genialny podkład perkusji Krzysztofa Dziedzica. Precyzyjna linia basu to zasługa czołowego na polskiej scenie kontrabasisty - Jacka Niedzieli. Plus temat grany przez niezmienną na wszystkich projektach parę dęciaków – Tomasz Szukalski, Robert Majewski. Króciutki, ale najbardziej porywający i pulsujący rozdział suity kończy się zwolnieniem. Kolej na to, na co czekali fani "Szakala". Utwór z największą dawką emocji i mogę tylko zacytować słowa znajdujące się na okładce, a należące do Krzesimira Dębskiego: "Szukalski swym tenorowym skowytem rozdziera nam serca", warta uwagi jest również niezwykle liryczna solówka Jacka Niedzieli. "Opowieść" trwa dalej. Niestety jest dosyć smutna i można odnieść wrażenie, że mało jest kwintetu w tym kwintecie. Gra sam lider, bądź trio, albo kwartet, a wspólnie pięciu muzyków możemy usłyszeć zaledwie w trzech utworach. Może dlatego na okładce nie widzimy (jak na poprzednich): Wojciech Majewski Quintet, a tylko imię i nazwisko samego twórcy projektu. Ostatnim ze składowych suity jest utwór wykonywany w trio – fortepian, trąbka, saksofon - nietypowo, ale w wielkim stylu. Zakończenie daje uczucie katharsis. Skończyliśmy czytać ciekawą książkę, oglądać dobry film, wysłuchaliśmy poruszającej "Opowieści", która skończyła się wzruszająco, ale dając pewną nadzieję i perspektywę, że jej treść zostanie w naszej wyobraźni jeszcze na długo. Płyta jest bardzo osobista, spodobała mi się rzadko spotykana w jazzie forma suity. Wypada także wspomnieć, że cały materiał został skomponowany przez Wojciecha Majewskiego. Album różni się od poprzednich. Styl artysty ewoluuje w ciekawym kierunku, choć może rozczarować część słuchaczy, która spodziewała się większej żywiołowości i więcej partii granych na trąbce i saksofonie. Powstaje tu nowy kierunek, nowy nurt, jeszcze nie nazwany, ale czy ktoś za nim podąży? Uważam, że jest zbyt osobisty, przypisany tylko do pozycji "Majewski - Wojciech".

RadioJAZZ.FM poleca!
Roch Siciński
roch[malpa]radiojazz.fm

Sławek Dudar Quartet - Brand New World

Sławek Dudar – saksofon
Grzegorz Urban – fortepian
Marcin Spera – kontrabas
Łukasz Sobolak – perkusja

gościnnie:
Maciek Mazurek – gitara
Natalia Grosiak – śpiew

To czysta przyjemność móc usłyszeć polski debiutujący zespół jazzowy, który nie tylko omija „pokusy młodości” ale z dojrzałą swadą i pomysłem przekracza jazzowe progi. Sławek Dudar Quartet to klasyczna mainstreamowa układanka, w której kilka puzzli zastąpiono prostymi lecz świeżymi pomysłami. Efekt? Już mówiłem: to czysta przyjemność.

Głos lidera jest ciepły i pełny a melodyjne tematy płynnie przechodzą w wyważone wariacje. Doskonale oddaje to otwierający płytę Bad Moments. W niewyraźną przestrzeń dźwięków fortepianu wkracza silny, pulsujący groove Marcina Spera dyktujący pozostałym dynamiczny, progresywny charakter. Gdy temat przejmuje i przetwarza Grzegorz Urban kompozycja nabiera powietrza i dodatkowej barwy. Podobnie dzieje się w kolejnym Meeting at the point czy Nyc Waltz.

Jednym epizodem, kiedy zespół wybiera się w odważniejszą wycieczkę jest Space for 4 personalities z gościnnym udziałem Maćka Mazurka na gitarze. Spowolniony i rwany utwór, przeplatany unisonem na saksofon i gitarę szybko przenosi nas w mniej łagodne rejony. Szkoda że zespół w środkowej części albumu zrezygnował z takich „skrętów” na rzecz długich i konwencjonalnych ballad pozostawiających nas niejako w poczekalni. Ostatnie dwa tematy (poprzedzone Monkowskim Round Midnight) rekompensują te momenty z nadwyżką. Zwłaszcza zamykający album Brand New World z Natalią Grosiak na wokalu wyzwala w nas pozytywną mieszankę odprężenia i optymizmu. Dzięki niemu ponownie chcemy aby płyta zaczęla wirować w odtwarzaczu.

Sławek Dudar Quartet rewolucji nie czyni i całe szczęście. Krążąc wokół klasycznego brzmienia muzycy stronią od taniego efekciarstwa i poszukiwań po niebezpiecznych muzycznych zaułkach. Z tej perspektywy bardzo ciekawy wydaje się drugi album. Pokaże on czy zespół za wcześnie osiągnął już swoje możliwości i ugrzązł w świetnym ale jednak nieco przewidywalnym graniu czy też jest dopiero na początku swojej długiej i pięknej drogi – czego Wam i sobie życzę.

RadioJAZZ.FM poleca!
Łukasz Nitwiński
lukasz[malpa]radiojazz.fm

Krótko: świetna, dynamiczna, pełna dobrej energii niebanalna płyta!

Choć na okładce albumu kwartetu Sławka Dudara krajobraz nie wróży najlepiej tytułowemu „nowemu, wspaniałemu światu”, muzyka zespołu tętni życiem.

Z przyjemnością słucha się uciekającego klasyfikacjom stylistycznym, raz lirycznego, zaraz potem trylującego i energetycznego Sławka Dudara na saksofonie, współprowadzącego te podróż muzyczną, Grzegorza Urbana za fortepianem czy nieco we własnym świecie pulsującego Marcina Spery na kontrabasie. Świetnym uzupełnieniem zespołu jest gitarzysta Maciek Mazurek, obecny w połowie utworów na krążku.

Na płycie, obok bardzo dobrych kompozycji lidera (Bad Moments, Space for 4 Personalities) znajduje się również Monkowe Round midnight. Nie wiem gdzie autor aranżacji Grzegorz Urban znalazł taki klimat około północy, ale ogromnie mu zazdroszczę.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to szkoda że muzycy nie poszaleli bardziej w tytułowej Brand New World, z gościnnym udziałem Natalii Grosiak. Słuchając innych utworów wokalistki można liczyć, że w przyszłości jej współpraca z kwartetem będzie odważniejsza.

Płyty „Brand New World” Sławek Dudar Quartet nie chce się wyjmować z odtwarzacza!

RadioJAZZ.FM poleca!
Kajetan Prochyra
kajtek[mapla]radiojazz.fm

Rafael Rogiński - Bach Bleach

Raphael Rogiński - gitary, fortepiany

Takiego nagranie spod szyldu polskiej muzyki improwizowanej (dawno/jeszcze) nie było!

Raphael Rogiński - gitarzysta znany entuzjastom brzmień z pogranicza jazzu i tradycyjnej muzyki Żydowskiej (Cunkunft czy, względnie szerzej dystrybuowana, płyta formacji Shofar z Mikołajem Trzaską i Maciem Morettim) - nagrał solową, kameralną, klimatyczną płytę z muzyką Jana Sebastiana Bacha.

Słuchać tej płyty, to trochę jak mieć za ścianą nieco szalonego, choć bardzo spokojnego sąsiada-muzyka-erudytę. Rogiński jakby w kącie, gdzieś pomiędzy wzmacniaczem od gitary i starym pianinem gra dla siebie, po swojemu, choć z wielką maestrią muzykę Największego Kompozytora.

Nad relacją muzyki Rogińskiego do kanonicznych wykonań utworów Jana Sebastiana mogą rozprawiać muzykolodzy. Wystarczy jednak nadstawić ucha by cieszyć się niezwykłymi brzmieniami, przestrzeniami, nastrojem muzyki z płyty "Bach Bleach".

Album ten nie będzie często gościł na radiowych falach, tymbardziej cieszę się, że jest płytą tygodnia RadiaJazz.fm. Rogiński intensywnie koncentruje na trasie Warszawa-Kraków, przez Rzeszów, Portugalię, po Sejny - od klubów, po Synagogi. Warto obserwować gdzie, czego i jak poszukuje ten artysta.

Warto również docenić odwagę wydawnictwa Multikulti, która tym albumem inicjuje serię wydawniczą Multikulti Project Contemprary Classic. Z ogromnym zainteresowaniem czekamy na ciąg dalszy.

RadioJAZZ.FM poleca!
Kajetan Prochyra
kajtek[mapla]radiojazz.fm

Piotr Wyleżoł - Children's Episodes

Piotr Wyleżoł - fortepian
Michał Barański - kontrabas
Łukasz Żyta - perkusja

Fresh sound, new talent – wystarczą te dwa określenia obok nazwiska naszego rodaka, by warto było nadstawić uszu. Piotr Wyleżoł wydał właśnie swoją trzecią w karierze, a pierwsza dla hiszpańskiego wydawnictwa Fresh Sound płytę w trio.

„Children's Episodes” to wizytówka polskiego pianisty, kompozytora i lidera zespołu. Jego trio to zespół właśnie, nie solista i sekcja. Nie raz i nie dwa to na kontrabas Michała Barańskiego i na bębny Łukasza Żyty kieruje światła reflektorów Wyleżoł.

Kompozycje, choć różnorodne, tworzą spójną całość, utrzymaną w spokojnym, ciepłym klimacie. Warto zwrócić uwagę na refleksyjną Promised Song (solo Barańskiego!) i tytułowe dwa „Children's Episode”. Płyta już zyskała sobie wielu zwolenników.

Nakładem tej samej wytwórni ukazały się m.in. płyty Brad'a Mehldau'a – chyba najpopularniejszego i najbardziej rozchwytywanego pianisty jazzowego swojego pokolenia. Dla mnie najcenniejszą płytą Mehldau'a jest jego solowy koncert w Tokio. W nim zawiera się esencja jego propozycji a może i muzycznej wyobraźni. Czekam z wielkim zaciekawieniem na Wyleżołowskie „Live in Tokio”.

RadioJAZZ.FM poleca!
Kajetan Prochyra
kajtek[mapla]radiojazz.fm

Alex Cline – "Continuation"

Alex Cline - perkusja, bębny
Jeff Gauthier - skrzypce
Peggy Lee - wiolonczela
Myra Melford - fortepian
Scott Walton - kontrabas, bas elektryczny

Nowy York to mekka. Zdobyć "wielkie jabłko" to jak złotymi zgłoskami wygrawerować swoje imię w panteonie gwiazd. W tłoku tych konstelacji nie zawsze jednak to co najciekawsze zabłyśnie najmocniej. Warto dlatego szukać i sprawdzać co dzieje się w innych ośrodkach. Zachodni brzeg Stanów Zjednoczonych jest właśnie takim miejscem; tu scena jazzowa tętni innym rytmem i mieni się rzadką kolorystyką. Album Continuation jest jak świeża bryza z nad kalifornijskiej plaży poszerzająca nasze spojrzenie na to czym jest i czym może być jazz.

Alex Cline to rzadki przykład lidera. Demokratyczny, nieco powściągliwy, traktujący perkusję bardzo plastycznie. Skupiając się na fakturze i perkusjonistycznych niuansach. Zespół który zebrał (poza pianistką Melford) to mieszanka West Cost w najlepszym wydaniu, a album stanowi świetny przykład brzemienia tej sceny.

Płytę otwiera Nourishing Our Roots. Utwór doskonale wprowadzający nas w stan skupienia i refleksji. Liryczne smyczki Gauthiera i Peggy Lee wyłaniające się z przestrzennej gry Cline na gongu dają solidną obietnicę, że najbliższe 70 minut będzie niezwykłą wycieczką w nieznane.

Nim zdążymy na dobre się rozmarzyć, jesienną aurę przerywa Walton i pierwsze dźwięki Clearing Our Streams. To początek wielu, niejednoznacznych emocji jakie w ferworze uniesień zaoferuje nam zespół. Powolnie plumkający kontrabas przynosi niepokój i delikatny groove, ponownie kontrapunktowany przez partnerów na instrumentach klasycznych. Gdy do głosu dochodzi Melford z wibrująca harmonią utwór nabiera wręcz rockowej progresji i mocy.

Fade To Green to kolejny zwrot. Minimalistyczna, oniryczna kompozycja unosi się i opada, rwie i nicuje. Frenetycznie punktowana przez pianistyczne muśnięcia Melford intrygująco zawiesza tempo płyty i przeobraża nastrój. Steadfast to najbardziej mainstreamowy fragment tej układanki, być może najlepszy. Dynamiczny, z kulminacjami wygrywanymi przez Gauthiera i Lee prowadzi nas do tąpnięcia Melford, która niczym wulkan eksploduje zaskakującą ekspresją.

Submerge i On The Bones Of The Homegoing Thunder trwające wspólnie 37 minut jest jak autonomiczny mini album wkomponowany w pozostałe propozycje. Tutaj każda barwa znajdzie swoje miejsce a każdy muzyk będzie rotacyjne malował daną chwilę. Melodie umykają, nastaje czas improwizacji i wolnego nieskrępowanego czasem ducha.

Album zamyka Open Hands; nostalgiczny, wyciszony utwór wprowadzający nas ponownie w stan melancholijniej refleksji i kojącego smutku. Nic tylko zamknąć oczy i ponownie uruchomić naszą wyobraźnie przy muzycznym akompaniamencie.

Polecam
Łukasz Nitwiński
lukasz[małpa]radiojazz.fm

PS: Warto też zwrócić uwagę na niezwykłą szatę graficzną płyt sygnowanych przez wytwórnię Cryptogramophone. Każde wydawnictwo to małe dzieło graficznej abstrakcji zamkniętej w kolekcjonerskim digipacku. Uczta nie tylko dla ucha ale i przyjemność oka i ręki.

Trifonidis Free Orchestra "… be like a child ..."

Maciej Trifondis - sax
Daniel Polkowski - sax
Ray Dickaty – sax
Luis Nubiola -sax
Kamil Szuszkiewicz - tp
Kacper Szroeder - tp
Tomek Stawecki- cl
Piotr Janiec - tb
Wojciech Traczyk - db
Paweł Szpura - dr
Michał Anuszewski -sound

Oto kolejny efekt kompozytorskiej, aranżerskiej i bendliderskiej działalności Macieja "Trifonidisa" Bielawskiego. Muzyk dał się nam już we znaki jako lider kilku projektów co daje nam pewien obraz jego muzycznej tożsamości, którą dobrze obrazuje okładka niniejszej płyty. Pełno w niej kolorów, abstrakcji przeplatanej harmonią i nieprzebrana ilość elemencików które składają się we wdzięczną całość.

"...be like a child..." nie jest kolejną płytą "Trifonidis Orchestra" – zasiadając do jej przesłuchania warto mieć tą świadomość. Słuchacze których uwiodły takie "hity" jak "Chimpanzee" czy "Happy! Happy!" nie znajdą na tej płycie podobnych kompozycji. Tym razem Maciej "Trifonidis" Bielawski prowadzi nas ścieżką po której stąpali mistrzowie free jazzu. Znajdziemy tu więcej refleksyjnej improwizacji dozowanej bez pośpiechu. Bardziej ogniste momenty przychodzą jak zapowiedziani goście. Nie eksplodują – zdają się być naturalnym zdarzeniem na które jesteśmy przygotowani obserwując tlący się coraz jaśniej żar. A kiedy już się rozpalą nie parzą, miło ogrzewają zmysł nastawiony na szept, pozwalając mu naturalnie przystosować się do odbioru donośnego głosu.

Album ".. be like a child.." to jedna z tych płyt której należy słuchać w całości żeby w pełni odebrać całą jej bogatą zawartość. Muzyka zawarta na tej płycie nie należy do łatwych i lekkich ale z całą pewnością jest przyjemna. Choć czasem prowadzi nas przez ciemniejsze zakamarki, ani na chwilę nie wiedzie na manowce.

Bez wątpienia ma też to trudno nazywalne „coś” - charakterystyczne dla muzyki Macieja „Trifonidisa” Bielawskiego. Każdy na pewno określałby to inaczej. Ja nazwałabym to wdziękiem.

RadioJAZZ.FM poleca!

Ola Nowosad

Grzegorz Kapołka Trio "Blue Blues 3"

Grzegorz Kapołka – guitars
Dariusz Ziółek – bass
Ireneusz Głyk – drums (1, 2, 5, 7, 9, 12)
Grzegorz Poliszak – drums (3, 4, 6, 8, 10)
and
Alan Kapołka – tambourine

Każdy kto kiedykolwiek uprawiał czynnie muzykę przyzna, że format zespołu "elektryczne trio bez sternika (czyli wokalisty)" jest jednym z najbardziej wymagających składów. Z jednej strony daje bardzo dużo przestrzeni dla muzyków - zwłaszcza dla solisty, z drugiej jednak strony z tych samych powodów wymaga większego zaangażowania członków zespołu w budowanie aranżacji czy brzmienia grupy w ogóle. Tak naprawdę nie jest ważne jaką stylistyką posługuje się takie trio jeśli muzyka oscyluje w klimatach improwizowanych: czy jest to jazz elektryczny, rock progresywny czy blues. Grzegorz Kapołka idzie ścieżką bluesa nie od dzisiaj i chociaż nagrywał z różnymi jazzowymi formacjami to wiadomo, że bluesa ma za pazuchą. Przy okazji dowodzi, że słowo blues niekoniecznie oznacza proste granie na trzech funtach, i że bliżej mu w myśleniu do Scotta Hendersona niż do B.B. Kinga.

Oprócz lidera w roli kompozytora na płycie występuje znakomity basista Dariusz Ziółek (żartobliwe "B.A.C.H. Bach, Bach" i "Miętuski dla babci"), znany z solowego projektu na głos i gitarę basową "Voice&bass".

Na bębnach zamiennie dwóch perkusistów: Ireneusz Głyk i fenomenalny Grzegorz Poliszak. O ile Głyk jest świetnym bębniarzem o rockowym feelingu, to Poliszak udowadnia, że należy w Polsce do ścisłej czołówki. Wszechstylowa wszechstronność jest zapewne tym co spowodowało, że jako sideman pracuje m.in. z jedną z największych gwiazd polskiej sceny pop. Szkoda tylko, że tak mało się o nim pisze, bo naprawdę warto.

P.S. Płyta miała nominację do nagrody "Fryderyk 2008" w kategorii blues.

RadioJAZZ.FM poleca!

Jerzy Szczerbakow

Grzech Piotrowski - "Emotronica"

Grzech Piotrowski – wind sax, tenor sax, sopran sax, keyboard,
programing kb
Paweł Kaczmarczyk – Piano
Robert Luty – drums
Grzegorz Grzyb – drums
Darek Krupa – chord, rhytmic guitar
Robert Cichy – solo guitar
Michał Barański – bas
Matheo – add perc programming
Karolina Gajkowska – viola
Karolina Szymanowska – violini
Kasia Moś – vocal

Koło "Emotroniki" trudno przejść obojętnie. Tak, jak w przypadku syropu klonowego – odbiorca albo ją pokocha, albo znienawidzi po pierwszym kontakcie z nią. Dlaczego? Bo okładka nie zapowiada dźwięków, jakie znajdują się na płycie. Zatem bardzo mi przykro, ale wolę to powiedzieć, zanim Państwo po nią sięgną – wszyscy wielbiciele saksofonu a’la Kenny G będą rozczarowani. Natomiast koneserzy chill-outowych brzmień połączonych z żywym instrumentarium będą jak najbardziej usatysfakcjonowani.

Grzech Piotrowski serwuje wysmakowany mariaż saksofonu z elektroniką i klubowymi klimatami. Szczególnie polecam utwory: „My Emo”, „Emotronica”, oraz „Hemoonity”. Pierwszy z nich hipnotyzuje niepokojącą linią melodyczną graną przez wiolonczelę (Karolina Grajkowska) i skrzypce (Karolina Szymanowska) – może to tylko moje subiektywne wrażenie, ale harmonia przypomina co nieco (wyśpiewany przepięknie przez Kasię Kurzawską) utwór „Close Your Eyes” Andrzeja Smolika…

Druga muzyczna rekomendacja z płyty „Emotronica”, to utwór tytułowy, który zabiera Słuchacza w krainę emocji przetłumaczonych na język komputerów – usłyszymy tam loopy perkusyjne połączone z wpadającym w ucho gitarowym tematem granym przez Dariusza Krupę. Zaś trzeci z polecanych przeze mnie utworów, to liryczna ballada z głosem żeńskim (Kasia Moś), która już po drugim z kolei przesłuchaniu zapewni zupełny relaks przeciążonemu umysłowi i ukoi skołatane nerwy.

Wszystkie utwory z płyty zostały napisane i wyprodukowane przez Grzecha Piotrowskiego, zatem mamy tu do czynienia z albumem w pełni autorskim: „Ta muzyka jest jak obraz wewnętrzny. Odzwierciedla stany ducha, w których znajdowałem się podczas nagrań. (…) to pamiętnik, zapis chwil ulotnych.” – pisze na okładce Piotrowski. Po pierwszym przesłuchaniu można odnieść wrażenie, że utwory na płytę powstawały w trakcie ich nagrywania – nie jest to, bynajmniej, zarzut – jedynie luźna uwaga, być może mijająca się z prawdą…

Płytę „Emotronica” z czystym sumieniem mogę zarekomendować każdemu, kto słucha muzyki, by się wyciszyć i uspokoić – na krążku nie znajdziemy żadnych spektakularnych wstrząsów, mogących wytrącić Słuchacza z uzyskanej dzięki zarejestrowanym na płycie brzmieniom równowagi. Natomiast wszystkich jazzowych purystów i elektronicznych sceptyków pragnę uspokoić – „Emotronica” zdecydowanie zyskuje przy wykonaniu live.

RadioJAZZ.FM poleca!

Magdalena Supeł

The Bad Plus Joined by Wendy Lewis - "For All I Care"

Ethan Iverson - piano
Reid Anderson - bass
Dave King - drums
Wendy Lewis - vocal

Bardzo lubię ludzi z poczuciem humoru, zwłaszcza z autoironicznym. Oczywiście doceniam tych, którzy traktują siebie, życie, pracę na poważnie ale czy nie trudniej, albo chociaż nie ciekawiej, jest znaleźć dla siebie perspektywę i zaryzykować żeby się trochę powygłupiać? Oczywiście nie chodzi tu o prymitywne wygłupy, ale inteligentną zabawę: na przykład z konwencją, słuchaczem i własnym instrumentarium. Bo jakże można poważnie potraktować klasyczne trio jazzowe (fortepian, kontrabas, perkusja) jako zaczyn funkowo-rockowej rozróby cały czas mieszczącej się jednak w kanonach jazzu? To co zespół wyprawia na swoich płytach dowodzi, że są na tyle znakomitymi muzykami, że mogą sobie pozwolić na łamanie zasad, że potrafią to zrobić odkrywczo, a jednocześnie w sposób budzący śmiech i podziw. Zeszłoroczna trasa zespołu po Polsce odbywała sie pod hasłem "bracia Cohen jazzu" - lepiej tego nie można określić, bo jeśli ktoś docenia humor twórców filmów "Big Lebowski", "Fargo" czy "Barton Fink" z płytami The Bad Plus będzie mial wiele radości. Jeśli ktoś uważa, że to "nie jego bajka" to... No cóż, nie to dobre co dobre ale to co kto lubi.

Na polecanej przez nas płycie w zasadzie jedna, w stosunku do poprzednich, zmiana: ktoś śpiewa (wcześniej zespół grał instrumentalnie): Wendy Lewis. Nieśpiesznym wokalem, bez udowadniania jazzowych inklinacji, raczej z rockowym zacięciem. Co grają na tej płycie? Nirvanę, Pink Floydów czy Yes. Albo Strawińskiego. Do wyboru do koloru. A przy okazji: kiedy słuchałem "Comfortably Numb" Floydów to tak naprawdę w powykręcanej wersji The Bad Plus dostrzegłem siłę tej kompozycji - niezależnie od zabiegów aranżacyjnych nic nie straciła ze swej urody... Czy warto? Nie wiem ale ja sie ubawiłem.

RadioJAZZ.FM poleca!

Jerzy Szczerbakow

Jarek Śmietana "Psychedelic – music of Jimi Hendrix"

Zacznę może od tego, że jestem nieuleczalnym fanem muzyki Jimiego Hendrixa i bardzo trudno jest mi dogodzić różnego rodzaju opracowaniami czy wręcz coverami jego utworów. Dlatego też z dużą nieufnością podchodziłem do nowego wydawnictwa Jarka Śmietany z muzyką wyżej wymienionego. Pierwszym zaskoczeniem po otwarciu koperty okazała się być okładka. Smacznie zaprojektowana z ciekawymi nawiązaniami w postaci ozdobników graficznych i zdjęć z epoki, w którą przenosimy się włączając płytę.

Panie Jarku osobiście Panu dziękuję, że nie dokonał Pan daleko idącej operacji plastycznej na przecież i tak już rewolucyjnych kawałkach. Słychać szacunek do tej muzyki i świadomość tego jakie emocje ona niesie. Pomijam unowocześnienia w postaci udziału dj-a i jego scratchów. Do samej formy wnosi to na tyle niewiele, że nie mam z tym większego problemu. Gdy słucha się w oryginale choćby takiego "Crosstown Trafic" czy "Purple Haze" energia wydobywająca się z głośników poraża a przypomnę młodszym słuchaczom, że to nagrania z końca lat sześćdziesiątych. Ciężko się jest więc próbować unowocześnić coś co i i tak lata świetlne wyprzedziło całą dekadę. Za to próba rozwinięcia jazzowych korzeni tkwiących w utworach Jimiego naprawdę godna polecenia. Muzyków z zespołu z wielką inwencją towarzyszą leaderowi. Znakomity Wojtek Karolak na hammondzie, Krzysztof Dziedzic na perkusji i Paweł Mąciwoda, dawno nie słyszany w Polsce muzyk światowej legendy rockowej czyli Scorpions na basie są wymarzonymi partnerami do grania tego zestawu utworów. Moim skromnym zdaniem zespół najfajniej buja w rozimprowizowanych najbardziej jazzowych kawałkach Hendrixa takich jak: "Rainy Day, Dream Away", "Third Stone From The Sun", "Up From The Skies". Świetna jest też wersja "Manic Depression" i "Crosstown Traffic" z energetycznym solem leadera i zfuzzowaną improwizacją Nigela Kennedy'ego na skrzypcach. Niebagatelny wkład wnosi też inny gość, Maciej Sikała na saksofonie tenorowym, a najbardziej podoba mi się jego klimatyczne solo w "Up From The Skies".

Na koniec jeszcze jedno zaskoczenie. Wszystkie utwory śpiewa Jarek Śmietana i mimo a może właśnie dobrze, że nie stara się uciec od stylistyki śpiewania Jimiego, robi to całkiem fajnie. Nie znam Jarka od tej wokalnej strony i z przyjemnością wysłuchałem jego interpretacji. Żadnych niepotrzebnych ozdobników, żadnej walki z materią, lekko i z wdziękiem jak przystało na dojrzałego i świadomego swoich możliwości muzyka a przede wszystkim jednak gitarzystę. Z czystym sumieniem polecam tę płytę. Zdecydowanie jest ona hołdem oddanym genialnemu artyście a nie, co niestety dość często miało miejsce w fonografii, próbą dodania za wszelką cenę czegoś czego dodać się nie da. Hendrix był jeden i poddawanie jego muzyki współczesnemu tiuningowi nic nie da.

Robert "Jagoda" Jagodziński

Adam Bałdych "Damage Control"

Adam Bałdych - electric violin
Paweł Tomaszewski - keyboards
Piotr Żaczek - bass
Cezary konrad - drums

Debiutancki krążek ekipy DC dowodzi, że elektryczne granie ma się w Polsce znakomicie. Ekipa jaka się zebrała to śmietanka młodych, zdolnych (Bałdych, Tomaszewski) oraz doświadczonych - lecz jeszcze nie starych (Żaczek, Konrad) muzyków polskiej sceny jazzowej. Każdy z tych artystów ma na koncie solowe projekty, z tym większą świadomością tworzą zespołowy organizm. Każdy z nich jest muzyczną osobowością, swoją grą wnosząc konkretne barwy i pomysły muzyczne. Czy warto śledzić dokonania Damage Control? Na pewno, dawno nie zdarzył się na elektrycznej scenie jazzowej zespół z podobnym potencjałem talentu, wirtuozerii, doświadczenia, muzykalności i - co bardzo istotne - otwartości na nowe brzmienia. Oby tylko projekt ten funkcjonował dłużej niż jedną płytę.

P.S. Państwa okładka też ma ślady jak po zalaniu herbatą, a Piotr Żaczek nie jest leworęcznym basistą... Niezbyt udany projekt okładki na szczęście w ogóle nie rzutuje na jakość zawartości muzycznej.

RadioJAZZ.FM poleca!

Jerzy Szczerbakow

Maciej Fortuna & Stefan Weeke Projekt "In The Small Hours"

Maciej Fortuna - trąbka, flugelhorn, instr perkusyjne
Stefan Weeke - akustyczna gitara basowa, elektronika

Dwuosobowy projekt trębacza Macieja Fortuny i basisty Stefana Weeke to intymna i nastrojowa opowieść uwodząca głównie przestrzennymi, szerokimi brzmieniami, stonowaną barwą trąbki Fortuny niż dawka muzycznej energii. Poszukiwacze żywiołowych, gorących improwizacji mogą się czuć rozczarowani natomiast wielbiciele muzyki sączącej się z głośników, zawierającej w sobie dużą dawkę emocji ale przekazanej nie za pomocą szybkich i dynamicznych przebiegów, raczej barw i ciszy powinni być ukontentowani. Fortuna potrafi zbudować nastrój minimalnymi środkami - tak mógłby zagrać Nils Petter Molvaer gdyby wyłączyć mu prąd. A basista posługuje się - nie często się to zdarza - akustyczną gitarą basową. I trzeba mu przyznać, że potrafi na niej opowiadać, brzmieniem przypominającym klasyczną, tyle że nisko brzmiącą, gitarę. Nieskomplikowane harmonie, długie i wolne dźwięki - bez gonitwy i napięcia. A na okładce lato, pomost, jezioro, cisza i spokój.

RadioJAZZ.FM poleca!

Jerzy Szczerbakow

Piotr Żaczek "Balboo"

Adam Bałdych - violin
Maciej "Kocin" Kociński - saxes, clairnet, vocals
Grzegorz "Jabco" Jabłoński - keyboards
Marcin "Mały" Górny - Virus
Piotr Żaczek - bass, keyboards, drums programming, samples
Robert Luty - drums

oraz

Jahiar Azim Irani - vocals, santur
Dave "Fuze" Fiuczynski - guitar, fretless guitar,
Leszek Możdżer - Virus, piano, Fender Rhodes
Grzegorz Piotrowski - duduk

Jeśli nie znasz pierwszej płyty Piotra Żaczka, ale wiesz o tym, że jest muzykiem na stałe współpracującym z Kayah, Poluzjantami, mającym na koncie płyty z Edytą Górniak, Justyną Steczkowską, Alicją Janosz (czy ktoś ja jeszcze w ogóle pamięta), Kają Paschalską (jak powyżej), Smolikiem, Urszulą, i na tej podstawie wyobrażasz sobie jaką płytę mógł nagrać to jesteś bez szans. Jesteś o lata świetlne od pokręconego świata dźwięków jakie brzmią w głowie tego artysty. Zakładam, że jednak wiesz nieco więcej: że oprócz popu (tego z najwyższej półki) Żaq gra w nieco bardziej jazzowych projektach: płyta Cezarego Konrada, Ewy Bem czy zespołu Oxen na przykład. Ale to cały czas jest zbyt odległe od muzyki sygnowanej ZAQ. To muzyczna puszka pandory, bardziej świat muzycznych planów i brzmień niż klasyczny jazz elektryczny. Nie znajdziesz na niej typowego schematu: temat-improwizacja lidera-temat. Nie znajdziesz nawet normalnie brzmiącej basówki. To co tam jest?!?

Po pierwszej płycie Żaczka "Mutru" posypały się pochwalne recenzje - tuzy klasy Urszuli Dudziak świadczyli, że wreszcie zdażyło się coś świeżego w polskim jazzie. Na "Balboo" Żaczek idzie za ciosem. Zrezygnował z pojawiających się jeszcze na pierwszej płycie piosenek i zanurkował w głąb własnej mocno "odjechanej" wrażliwości muzycznej. Jak sam pisze na okładce drugiej płyty, cały czas bywa przerażony efektem twórczego "muzycznego szału". Goście chyba jednak przerażeni nie byli, niektórzy nawet zachwycali się materiałem, w którego powstaniu mogli uczestniczyć. Lista zaproszonych muzyków imponuje - oprócz stałego składu zagrali: Leszek Możdżer, Grzech Piotrowski, Jahiar Azim Irani i przede wszystkim znakomity amerykański gitarzysta z niezależnej nowojorskiej sceny David "Fuze" Fiuczynski. Ciężko opisywać dźwięki - zwłaszcza, że te są całkie inne niż inne dźwięki.

RadioJAZZ.FM poleca!

Jerzy Szczerbakow