POLECAMY
STRONA GŁÓWNA > POLECAMY
Sonny Rollins Road Shows vol.1Sonny Rollins – saksofon tenorowy Czy Wy też chorujecie na Sonny’ego Rollinsa? Tak, tak – na Rollinsa się choruje. Przypadłość tę zdiagnozował chyba jako pierwszy w naszym kraju Jan „Ptaszyn” Wróblewski. Na czym ona polega? Otóż rozwija się stopniowo. Przy pierwszym kontakcie z muzyką „Colossus’a” pacjent zwykle nie zachwyca się od razu. Narzeka nawet trochę na jego sound. Ale stopniowo budowane sola, często poprzez charakterystyczne powtarzanie i modyfikowanie motywów zaczerpniętych z tematu, mimowolnie zapadają bardzo głęboko w pamięć. Po jakimś czasie człowiek po prostu uświadamia sobie, że kocha muzykę Rollinsa. Nie inaczej było ze mną, chociaż jestem już w tak zaawansowanym stadium, że nie uważam go nawet za saksofonistę, ponieważ indywidualność jego stylu przekracza moim zdaniem pojęcie „grania na saksofonie”. Ale do rzeczy!
Jaga Jazzist One-Armed BanditMathias Eick – fortepian, trąbka, róg, klawisze, bas Dla niektórych fanów jazzu Norwegia jest muzyczną Mekką, a na pewno krainą mlekiem, miodem, i muzyką Garbarka, Gustavsena, Molvaera, i wielu, wielu, (zaskakująco) wielu innych płynącą. Wydaje się, że mają tam jakieś inne powietrze, że nasze morze inaczej u nich bije o brzeg. Mają swój unikatowy styl. Ja sam jestem jego ogromnym fanem. Tymczasem nie samą ciszą „produced by Manfred Eicher” jazzowa Norwegia żyje. 10 osobowe Jaga Jazzist wydało nową płytę pod, chwytliwym w rozpolitykowanej Polsce, tytułem „One Armed Bandit” czyli jednoręki bandyta. Tak brzmi jazzowy big band z XXI wieku! Nie lubię fusion. Przepraszam. Lubie kameralne, nastrojowe, tajemnicze granie. Płyty, które są albumami – tworząc przemyślaną opowieść a czasem nawet inny świat. Mimo to ogromnie podoba mi się „One armed bandit”! Trzeba naprawdę wprawnego ucha by rozpoznać każdy element przebogatego instrumentarium Jagi, zatopiony dodatkowo w gigabajty elektroniki i elektryki przetworników. Przy pierwszym przesłuchaniu staje się przed ścianą dźwięku – rytmicznej, energetycznej, super dynamicznej i radosnej orkiestry. Genialnie jeździ się z Jagą samochodem, świetnie sterczy pod klubem przy minus kilkunastu stopniach. „One armed bandit” przyspiesza czas. Na krążku nie ma spektakularnych solówek – są za to przeboje: od utworu tytułowego, przez doskonały „Bananflour overalt” po "Book of glass". Na całej płycie pobrzmiewają do spółki duchy Franka Zappy, z bogatym i szalonym brzmieniem orkiestry i Philipa Glassa, z minimalnymi, repetatywnymi motywami, oraz dźwiękami inspirowanych maszynami przemysłowymi, albo i filmami science fiction z lat 80tych... Dużo się tam dzieje... Świetna płyta. Muzyczna rozrywka na bardzo wysokim poziomie. Kajetan Prochyra
Cukunft "Itstikeys/Fragangenhheit"Raphael Rogiński – guitara
Richard Bona "Ten Shades Of Blues"Richarda Bony nie trzeba w Polsce przedstawiać. Charyzmatyczny a jednocześnie ciepły, uśmiechnięty muzyk, który bez najmniejszego kłopotu porywa tłumy na koncertach. Chyba najbardziej znany dziś Kameruńczyk na świecie, porównywany ze Stingiem, choć gdyby zestawić drogi obu z nich, to Brytyjczyk miał dużo bardziej z górki. Płytami takimi jak „Scenes from my life”, „Reverence” czy „Munia” stworzył swój oryginalny muzyczny język, choć sam śpiewa w douala. Znakomity basista (spełniony chociażby w Pat Metheny Group), świetny wokalista i autor. Tyle wystarczy by kolejnej płyty Bony wyczekiwać z zapartym tchem. „Bo blues to zawsze blues jest – nigdy cię nie zwiedzie” - miał ponoć mawiać John Lee Hooker. Dla Bony język bluesa jest uniwersalny, zrozumiały tak samo w Ameryce, Afryce czy Azji. Tytułowe 10 odcieni mają być tego dowodem. Dla niektórych płyta ta będzie świetnym, melodyjnym relaksem. Maruderzy (jak niżej podpisany) rozłożą jednak ręce w geście bezsilności: ciężko bowiem posunąć się dalej w komercjalizacji muzyki etnicznej. Do popowej czary wsypmy porcję muzyki Bony, porcję indyjskich rag, dużo muzycznego brokatu a otrzymamy przebój „Shiva mantra”. Jeśli ragi zamienimy na banjo powstanie utwór „African Cowboy”. Najmniej usłyszymy na tej płycie jazzu. Zamiast niego dużo, dużo słodyczy. Bona śpiewa na tym krążku także po angielsku. Okazuje się, że poszerzenie audytorium (więcej potencjalnych odbiorców muzyki Bony posługuję się angielskim niż douala) nie przekłada się pogłebienie jego refleksji. Robertowi Brylewskiemu przypisuje się hasło „albo emocje albo promocje”. Przy płycie „Ten shades of blues” Bona wybrał chyba to drugie. Muzyka zagubiła gdzieś nastrój szczerości, obecny na jego poprzednich krążkach. Liczę, że za pieniądze zarobione na nowej płycie, nagra nasz Richard kameralną, piękną płytę. Kajetan Prochyra
Michael Nyman & Motion Trio "Accoustic Accordions"Michael Nyman – fortepian Z muzyką Nymana zawsze był mały kłopot; dla kompozytorów filmowych jest zbyt trudna, a dla klasycznych zbyt kategoryczna i prosta. Podobne niedopasowanie wiąże się z akordeonowym Motion Trio, których aktywność wymyka się standardowym klasyfikacjom. Efekt zbudowania muzycznego pomostu między tymi światami przyniósł zaskakujący (a może wprost przeciwnie?) skutek – wzbogacił i uzupełnił muzykę Nymana o nowe i jednocześnie tożsame terytoria. Michael Nyman to kompozytor wywodzący się z kręgu muzyki współczesnej wpisujący się w postmodernistyczny minimalizm. Dzięki efektownemu, popowemu wręcz opakowaniu jego wizja rytmicznej, repetycyjnej muzyki nie została skazana na margines. Duża w tym zasługa Petera Greenaway'a który wielokrotnie zapraszał go do współpracy. To kompozycje z jego filmów (m.in. "Kontrakt rysownika", "Wyliczanka" czy "Księgi Prospera") stanowią główny materiał dźwiękowy płyty. Pomysł na współpracę studyjną narodził się podczas festiwalu polskich filmów w Londynie, gdzie muzycy zaprezentowali przed międzynarodową publicznością swoją wspólną twórczość. Szybko okazało się, że aranżacyjne pomysły Wojtarowicza zainspirowały i pozytywnie zaskoczyły Nymana. Efekt nowej energii musiał znaleźć ujście w studiu. Ich nie interesuje wyłącznie reprodukcja mojej muzyki, ale prowadzenie jej w nowe miejsca. (...) Dla kompozytora to czysta rozkosz usłyszeć własne dzieło w tak zaskakującym kontekście. – wspomina Michael Nyman. I tak jest w rzeczywistości. Tematy, które dobrze znamy zostały subtelnie przeakcentowane i przefiltrowane przez możliwości trzech akordeonów. Trysting Fields zaskakuje łagodnym tonem eksponującym na nowo poetkę Nymanowskiego minimal music. Chasing Scheep is Best Left to Shepherds – jeden z najsłynniejszych tematów Nymana – podobnie uwypukla to co wcześniej pulsowało w drugim planie; dziecięca radość, spójna ale nie monotonna barwa. Doskonałym kontrapunktem dla akordeonowych, energicznych przetworzeń są wyciszone, zbudowane na fortepianowych akordach If oraz The Heart Asks Pleasure First (bestsellerowy motyw z „Fortepianu” Jane Campion) z autorem grającym solo. Jedyną kompozycją lidera Motion Trio, Janusza Wojtarowicza jest zamykający album Silence. W kontekście muzyki Nymana temat ten zyskuje nowy kontekst i wartość a my potwierdzenie, że nawiązanie współpracy między muzykami było naturalną kontynuacją muzycznej drogi obu muzyków. Piękna, wielowymiarowa płyta na każdą porę roku. Być może nie mamy tu do czynienia z osiągnięciem wybitnym czy nowatorskim - jest to raczej pewna propozycja na którą przystajemy ogromną przyjemnością. Mam nadzieję, że dzięki temu wydawnictwu muzycy z Motion Trio staną się jeszcze bardziej entuzjastycznie przyjmowani w naszych kraju, co w przypadku najlepszych rodzimych muzyków nie jest regułą. Brawo! Łukasz Nitwiński Motion Trio to polskie trio akordeonowe, które tworząc swój oryginalny styl od lat nagrywa płyty i koncertuje na całym świecie. Podobnie jak zespół Behemoth popularny jest chyba bardziej za granicą niż w ojczyźnie. Michael Nyman to jeden z najbardziej znanych kompozytorów muzyki filmowej. Jego nutami brzmią filmy Petera Greenawaya, "Fortepian" Jane Campion a ostatnio także polski "Jestem" Doroty Kędzierzawskiej. Na początku września zeszłego roku panowie spotkali się w studio im. Agnieszki Osieckiej aby nagrać wspólnie płytę. "Estetyka Nymana: niezwykła motoryczność, chropowatość tej muzyki jednocześnie połączona z głębokim liryzmem jest mi i całemu Motion Trio bardzo bliska" - pisze w książeczce dołączonej do albumu lider tria Janusz Wojtarowicz. Michael Nyman w jednym z wywiadów przyznał, że to dopiero Polacy odczarowali dla niego akordeon - przypisany dotychczas piosence francuskiej (a nad Wisłą kojarzony także z cyganami grającymi w tramwajach "Fale Dunaju", a w okresie przedświątecznym bossujące "Wśród nocnej ciszy"). Muzyka na płycie jest bardzo dynamiczna, chciałoby się rzec "trójwymiarowa". Świetnie uzupełnienia zespół Nigel Barr na instrumentach dętych. Jak muzyczne słuchowisko brzmi bogate, zmienne Wedding Tango. Na szczególną uwagę zasługują też dwa rodzynki - solowy występ Michaela Nymana The Heart Asks Pleasure First - wiodący motyw z filmu "Fortepian", oraz Silence - zamykająca płytę kompozycja Janusza Wojtarowicza - znak rozpoznawczy Motion Trio. Album przypadnie do gustu fanom twórczości Nymana oraz tym, którzy nie spotkali się wcześniej z muzyką polskiego tria. Jeśli jednak sięgnąć po krążki "Live in Vienna" czy późniejsze "Play Station", "Metropolis" czy "Pictures from the street" słychać doskonale, że Polacy potrafią dużo, dużo więcej - od lat tworzą teatr dźwięków i wyobraźni, a nie tylko muzykę akordeonową. Album zdaje się być bardziej hołdem dla twórczości brytyjskiego kompozytora, niż kolejnym krokiem w ewolucji Motion Trio. Muzycy spotkają się znów przy okazji prac nad najnowszym filmem Jerzego Skolimowskiego. Nyman zna już możliwości Wojtarowicza, Baranka i Gałażyna. Oby potrafił dodać im jeszcze więcej magii. Kajetan Prochyra
"Freeyo" Wojtek Mazolewski, Irek Wojtczak, Michał GośWojtek Mazolewski – bass
Wojciech Majewski "Opowieść"Wojciech Majewski - fortepian Przyznam, że czekałem na ten krążek od 2006 roku, czyli od pierwszego przesłuchania "Zamyślenia", ale kiedy wziąłem do ręki pudełko i przeczytałem, że nagranie miało miejsce w tym samym roku w maju, to ucieszyłem się, że nie wiedziałem tego trzy lata temu, bo przez ten czas wyszedłbym z siebie. Jest to trzeci projekt Wojciecha Majewskiego po "Grechucie"(2001) i wspomnianym "Zamyśleniu" (2003), osadzony w charakterystycznym stylu jaki rozwija Majewski od początku kariery - trudny do pomylenia z innym pianistą sposób płynącej, czasem wręcz romantycznej artykulacji, liryczne tematy i pełne ekspresji improwizacje. Słyszymy tu kompozycje dalekie od typowych form i schematów, wymagające od odbiorcy zaangażowania. Materiał przeznaczony jest bardziej dla miłośników filharmonii, niż dla gości polskiego klubu, gdzie 25% 'słuchaczy' przyjdzie pogadać i wypić, przeszkadzając widowni. Pierwsza kompozycja (grana solo przez lidera) zaczyna się nostalgicznie, do czego jesteśmy przyzwyczajeni po doświadczeniach poprzednich krążków, tyle że w tym wypadku ma ona inny wymiar. Utwór nosi tytuł "Pożegnanie 2005" i po jego wysłuchaniu wiemy doskonale, komu dedykowana jest cała płyta. Zaczyna się suita. Siedem połączonych ze sobą utworów, w tytułach różniących się tylko numeracją (Opowieść I, Opowieść II, aż do Opowieść VII),a kryjących wielki ładunek emocjonalny. Od początku można wyobrazić sobie fabułę owej opowieści (w domyśle biograficznej), w dowolnej formie: książki lub filmu. Historia opowiadana bez słów, a jednak mówiąca bardzo wiele. Po pierwszej części granej solo na fortepianie, dołącza, a właściwie uderza z wielką siłą, pełen skład kwintetu. I to jak! Rzucający się w uszy genialny podkład perkusji Krzysztofa Dziedzica. Precyzyjna linia basu to zasługa czołowego na polskiej scenie kontrabasisty - Jacka Niedzieli. Plus temat grany przez niezmienną na wszystkich projektach parę dęciaków – Tomasz Szukalski, Robert Majewski. Króciutki, ale najbardziej porywający i pulsujący rozdział suity kończy się zwolnieniem. Kolej na to, na co czekali fani "Szakala". Utwór z największą dawką emocji i mogę tylko zacytować słowa znajdujące się na okładce, a należące do Krzesimira Dębskiego: "Szukalski swym tenorowym skowytem rozdziera nam serca", warta uwagi jest również niezwykle liryczna solówka Jacka Niedzieli. "Opowieść" trwa dalej. Niestety jest dosyć smutna i można odnieść wrażenie, że mało jest kwintetu w tym kwintecie. Gra sam lider, bądź trio, albo kwartet, a wspólnie pięciu muzyków możemy usłyszeć zaledwie w trzech utworach. Może dlatego na okładce nie widzimy (jak na poprzednich): Wojciech Majewski Quintet, a tylko imię i nazwisko samego twórcy projektu. Ostatnim ze składowych suity jest utwór wykonywany w trio – fortepian, trąbka, saksofon - nietypowo, ale w wielkim stylu. Zakończenie daje uczucie katharsis. Skończyliśmy czytać ciekawą książkę, oglądać dobry film, wysłuchaliśmy poruszającej "Opowieści", która skończyła się wzruszająco, ale dając pewną nadzieję i perspektywę, że jej treść zostanie w naszej wyobraźni jeszcze na długo. Płyta jest bardzo osobista, spodobała mi się rzadko spotykana w jazzie forma suity. Wypada także wspomnieć, że cały materiał został skomponowany przez Wojciecha Majewskiego. Album różni się od poprzednich. Styl artysty ewoluuje w ciekawym kierunku, choć może rozczarować część słuchaczy, która spodziewała się większej żywiołowości i więcej partii granych na trąbce i saksofonie. Powstaje tu nowy kierunek, nowy nurt, jeszcze nie nazwany, ale czy ktoś za nim podąży? Uważam, że jest zbyt osobisty, przypisany tylko do pozycji "Majewski - Wojciech". Roch Siciński
Sławek Dudar Quartet "Brand New World"Sławek Dudar – saksofon To czysta przyjemność móc usłyszeć polski debiutujący zespół jazzowy, który nie tylko omija „pokusy młodości” ale z dojrzałą swadą i pomysłem przekracza jazzowe progi. Sławek Dudar Quartet to klasyczna mainstreamowa układanka, w której kilka puzzli zastąpiono prostymi lecz świeżymi pomysłami. Efekt? Już mówiłem: to czysta przyjemność. Głos lidera jest ciepły i pełny a melodyjne tematy płynnie przechodzą w wyważone wariacje. Doskonale oddaje to otwierający płytę Bad Moments. W niewyraźną przestrzeń dźwięków fortepianu wkracza silny, pulsujący groove Marcina Spera dyktujący pozostałym dynamiczny, progresywny charakter. Gdy temat przejmuje i przetwarza Grzegorz Urban kompozycja nabiera powietrza i dodatkowej barwy. Podobnie dzieje się w kolejnym Meeting at the point czy Nyc Waltz. Jednym epizodem, kiedy zespół wybiera się w odważniejszą wycieczkę jest Space for 4 personalities z gościnnym udziałem Maćka Mazurka na gitarze. Spowolniony i rwany utwór, przeplatany unisonem na saksofon i gitarę szybko przenosi nas w mniej łagodne rejony. Szkoda że zespół w środkowej części albumu zrezygnował z takich „skrętów” na rzecz długich i konwencjonalnych ballad pozostawiających nas niejako w poczekalni. Ostatnie dwa tematy (poprzedzone Monkowskim Round Midnight) rekompensują te momenty z nadwyżką. Zwłaszcza zamykający album Brand New World z Natalią Grosiak na wokalu wyzwala w nas pozytywną mieszankę odprężenia i optymizmu. Dzięki niemu ponownie chcemy aby płyta zaczęla wirować w odtwarzaczu. Sławek Dudar Quartet rewolucji nie czyni i całe szczęście. Krążąc wokół klasycznego brzmienia muzycy stronią od taniego efekciarstwa i poszukiwań po niebezpiecznych muzycznych zaułkach. Z tej perspektywy bardzo ciekawy wydaje się drugi album. Pokaże on czy zespół za wcześnie osiągnął już swoje możliwości i ugrzązł w świetnym ale jednak nieco przewidywalnym graniu czy też jest dopiero na początku swojej długiej i pięknej drogi – czego Wam i sobie życzę. Łukasz Nitwiński Krótko: świetna, dynamiczna, pełna dobrej energii niebanalna płyta! Choć na okładce albumu kwartetu Sławka Dudara krajobraz nie wróży najlepiej tytułowemu „nowemu, wspaniałemu światu”, muzyka zespołu tętni życiem. Z przyjemnością słucha się uciekającego klasyfikacjom stylistycznym, raz lirycznego, zaraz potem trylującego i energetycznego Sławka Dudara na saksofonie, współprowadzącego te podróż muzyczną, Grzegorza Urbana za fortepianem czy nieco we własnym świecie pulsującego Marcina Spery na kontrabasie. Świetnym uzupełnieniem zespołu jest gitarzysta Maciek Mazurek, obecny w połowie utworów na krążku. Na płycie, obok bardzo dobrych kompozycji lidera (Bad Moments, Space for 4 Personalities) znajduje się również Monkowe Round midnight. Nie wiem gdzie autor aranżacji Grzegorz Urban znalazł taki klimat około północy, ale ogromnie mu zazdroszczę. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to szkoda że muzycy nie poszaleli bardziej w tytułowej Brand New World, z gościnnym udziałem Natalii Grosiak. Słuchając innych utworów wokalistki można liczyć, że w przyszłości jej współpraca z kwartetem będzie odważniejsza. Płyty „Brand New World” Sławek Dudar Quartet nie chce się wyjmować z odtwarzacza! Kajetan Prochyra
Rafael Rogiński "Bach Bleach"Raphael Rogiński - gitary, fortepiany Takiego nagranie spod szyldu polskiej muzyki improwizowanej (dawno/jeszcze) nie było! Raphael Rogiński - gitarzysta znany entuzjastom brzmień z pogranicza jazzu i tradycyjnej muzyki Żydowskiej (Cunkunft czy, względnie szerzej dystrybuowana, płyta formacji Shofar z Mikołajem Trzaską i Maciem Morettim) - nagrał solową, kameralną, klimatyczną płytę z muzyką Jana Sebastiana Bacha. Słuchać tej płyty, to trochę jak mieć za ścianą nieco szalonego, choć bardzo spokojnego sąsiada-muzyka-erudytę. Rogiński jakby w kącie, gdzieś pomiędzy wzmacniaczem od gitary i starym pianinem gra dla siebie, po swojemu, choć z wielką maestrią muzykę Największego Kompozytora. Nad relacją muzyki Rogińskiego do kanonicznych wykonań utworów Jana Sebastiana mogą rozprawiać muzykolodzy. Wystarczy jednak nadstawić ucha by cieszyć się niezwykłymi brzmieniami, przestrzeniami, nastrojem muzyki z płyty "Bach Bleach". Album ten nie będzie często gościł na radiowych falach, tymbardziej cieszę się, że jest płytą tygodnia RadiaJazz.fm. Rogiński intensywnie koncentruje na trasie Warszawa-Kraków, przez Rzeszów, Portugalię, po Sejny - od klubów, po Synagogi. Warto obserwować gdzie, czego i jak poszukuje ten artysta. Warto również docenić odwagę wydawnictwa Multikulti, która tym albumem inicjuje serię wydawniczą Multikulti Project Contemprary Classic. Z ogromnym zainteresowaniem czekamy na ciąg dalszy.
Piotr Wyleżoł "Children's Episodes"Piotr Wyleżoł - fortepian Fresh sound, new talent – wystarczą te dwa określenia obok nazwiska naszego rodaka, by warto było nadstawić uszu. Piotr Wyleżoł wydał właśnie swoją trzecią w karierze, a pierwsza dla hiszpańskiego wydawnictwa Fresh Sound płytę w trio. „Children's Episodes” to wizytówka polskiego pianisty, kompozytora i lidera zespołu. Jego trio to zespół właśnie, nie solista i sekcja. Nie raz i nie dwa to na kontrabas Michała Barańskiego i na bębny Łukasza Żyty kieruje światła reflektorów Wyleżoł. Kompozycje, choć różnorodne, tworzą spójną całość, utrzymaną w spokojnym, ciepłym klimacie. Warto zwrócić uwagę na refleksyjną Promised Song (solo Barańskiego!) i tytułowe dwa „Children's Episode”. Płyta już zyskała sobie wielu zwolenników. Nakładem tej samej wytwórni ukazały się m.in. płyty Brad'a Mehldau'a – chyba najpopularniejszego i najbardziej rozchwytywanego pianisty jazzowego swojego pokolenia. Dla mnie najcenniejszą płytą Mehldau'a jest jego solowy koncert w Tokio. W nim zawiera się esencja jego propozycji a może i muzycznej wyobraźni. Czekam z wielkim zaciekawieniem na Wyleżołowskie „Live in Tokio”. Kajetan Prochyra
Alex Cline "Continuation"Alex Cline - perkusja, bębny Nowy York to mekka. Zdobyć "wielkie jabłko" to jak złotymi zgłoskami wygrawerować swoje imię w panteonie gwiazd. W tłoku tych konstelacji nie zawsze jednak to co najciekawsze zabłyśnie najmocniej. Warto dlatego szukać i sprawdzać co dzieje się w innych ośrodkach. Zachodni brzeg Stanów Zjednoczonych jest właśnie takim miejscem; tu scena jazzowa tętni innym rytmem i mieni się rzadką kolorystyką. Album "Continuation" jest jak świeża bryza z nad kalifornijskiej plaży poszerzająca nasze spojrzenie na to czym jest i czym może być jazz. Alex Cline to rzadki przykład lidera. Demokratyczny, nieco powściągliwy, traktujący perkusję bardzo plastycznie. Skupiając się na fakturze i perkusjonistycznych niuansach. Zespół który zebrał (poza pianistką Melford) to mieszanka West Cost w najlepszym wydaniu, a album stanowi świetny przykład brzemienia tej sceny. Płytę otwiera Nourishing Our Roots. Utwór doskonale wprowadzający nas w stan skupienia i refleksji. Liryczne smyczki Gauthiera i Peggy Lee wyłaniające się z przestrzennej gry Cline na gongu dają solidną obietnicę, że najbliższe 70 minut będzie niezwykłą wycieczką w nieznane. Nim zdążymy na dobre się rozmarzyć, jesienną aurę przerywa Walton i pierwsze dźwięki Clearing Our Streams. To początek wielu, niejednoznacznych emocji jakie w ferworze uniesień zaoferuje nam zespół. Powolnie plumkający kontrabas przynosi niepokój i delikatny groove, ponownie kontrapunktowany przez partnerów na instrumentach klasycznych. Gdy do głosu dochodzi Melford z wibrująca harmonią utwór nabiera wręcz rockowej progresji i mocy. Fade To Green to kolejny zwrot. Minimalistyczna, oniryczna kompozycja unosi się i opada, rwie i nicuje. Frenetycznie punktowana przez pianistyczne muśnięcia Melford intrygująco zawiesza tempo płyty i przeobraża nastrój. Steadfast to najbardziej mainstreamowy fragment tej układanki, być może najlepszy. Dynamiczny, z kulminacjami wygrywanymi przez Gauthiera i Lee prowadzi nas do tąpnięcia Melford, która niczym wulkan eksploduje zaskakującą ekspresją. Submerge i On The Bones Of The Homegoing Thunder trwające wspólnie 37 minut jest jak autonomiczny mini album wkomponowany w pozostałe propozycje. Tutaj każda barwa znajdzie swoje miejsce a każdy muzyk będzie rotacyjne malował daną chwilę. Melodie umykają, nastaje czas improwizacji i wolnego nieskrępowanego czasem ducha. Album zamyka Open Hands; nostalgiczny, wyciszony utwór wprowadzający nas ponownie w stan melancholijniej refleksji i kojącego smutku. Nic tylko zamknąć oczy i ponownie uruchomić naszą wyobraźnie przy muzycznym akompaniamencie. PS: Warto też zwrócić uwagę na niezwykłą szatę graficzną płyt sygnowanych przez wytwórnię Cryptogramophone. Każde wydawnictwo to małe dzieło graficznej abstrakcji zamkniętej w kolekcjonerskim digipacku. Uczta nie tylko dla ucha ale i przyjemność oka i ręki.
Pater/Kamiński/Urowski/Gorzycki "Dziki Jazz"Kamil Pater - gitara Pierwsze co przyszło mi na myśl po przesłuchaniu płyty Dziki jazz, to zachwyt nad jej różnorodnością. Jest i bardzo europejsko brzmiąca i sentymentalnie płynąca. Album otwiera kompozycja War. Później krążek nabiera tempa i coraz więcej słychać na płycie brzmień z Nowego Yorku. Może unosi się tam gdzieś duch Marca Ribot’a i nagrań spod szyldu Tzadik records? Album Dziki Jazz to ponad wszystkim sporo dawka dźwięków bardzo dobrego zespołu - każdy muzyk ma w nim dużo miejsca dla siebie. Lokomotywę po społu napędzają gitara Patera i saksofony Kamińskiego, ale zaraz w pierwszym wagonie baluje na całego sekcja Gorzycki - Urowski. Płyta bardzo pociągająca... Bardzo, bardzo warto! Kajetan Prochyra
Trifonidis Free Orchestra ...be like a child...Maciej Trifondis Bielawska - saksofon tenorowy Oto kolejny efekt kompozytorskiej, aranżerskiej i bendliderskiej działalności Macieja "Trifonidisa" Bielawskiego. Muzyk dał się nam już we znaki jako lider kilku projektów co daje nam pewien obraz jego muzycznej tożsamości, którą dobrze obrazuje okładka niniejszej płyty. Pełno w niej kolorów, abstrakcji przeplatanej harmonią i nieprzebrana ilość elemencików które składają się we wdzięczną całość. "...be like a child..." nie jest kolejną płytą "Trifonidis Orchestra" – zasiadając do jej przesłuchania warto mieć tą świadomość. Słuchacze których uwiodły takie "hity" jak Chimpanzee czy Happy! Happy! nie znajdą na tej płycie podobnych kompozycji. Tym razem Maciej "Trifonidis" Bielawski prowadzi nas ścieżką po której stąpali mistrzowie free jazzu. Znajdziemy tu więcej refleksyjnej improwizacji dozowanej bez pośpiechu. Bardziej ogniste momenty przychodzą jak zapowiedziani goście. Nie eksplodują – zdają się być naturalnym zdarzeniem na które jesteśmy przygotowani obserwując tlący się coraz jaśniej żar. A kiedy już się rozpalą nie parzą, miło ogrzewają zmysł nastawiony na szept, pozwalając mu naturalnie przystosować się do odbioru donośnego głosu. Album ".. be like a child.." to jedna z tych płyt której należy słuchać w całości żeby w pełni odebrać całą jej bogatą zawartość. Muzyka zawarta na tej płycie nie należy do łatwych i lekkich ale z całą pewnością jest przyjemna. Choć czasem prowadzi nas przez ciemniejsze zakamarki, ani na chwilę nie wiedzie na manowce. Bez wątpienia ma też to trudno nazywalne „coś” - charakterystyczne dla muzyki Macieja „Trifonidisa” Bielawskiego. Każdy na pewno określałby to inaczej. Ja nazwałabym to wdziękiem. RadioJAZZ.FM poleca! Ola Nowosad
Grzegorz Kapołka Trio "Blue Blues 3"Grzegorz Kapołka – gitary Każdy kto kiedykolwiek uprawiał czynnie muzykę przyzna, że format zespołu "elektryczne trio bez sternika (czyli wokalisty)" jest jednym z najbardziej wymagających składów. Z jednej strony daje bardzo dużo przestrzeni dla muzyków - zwłaszcza dla solisty, z drugiej jednak strony z tych samych powodów wymaga większego zaangażowania członków zespołu w budowanie aranżacji czy brzmienia grupy w ogóle. Tak naprawdę nie jest ważne jaką stylistyką posługuje się takie trio jeśli muzyka oscyluje w klimatach improwizowanych: czy jest to jazz elektryczny, rock progresywny czy blues. Grzegorz Kapołka idzie ścieżką bluesa nie od dzisiaj i chociaż nagrywał z różnymi jazzowymi formacjami to wiadomo, że bluesa ma za pazuchą. Przy okazji dowodzi, że słowo blues niekoniecznie oznacza proste granie na trzech funtach, i że bliżej mu w myśleniu do Scotta Hendersona niż do B.B. Kinga. Oprócz lidera w roli kompozytora na płycie występuje znakomity basista Dariusz Ziółek (żartobliwe B.A.C.H. Bach, Bach i Miętuski dla babci), znany z solowego projektu na głos i gitarę basową Voice&bass. Na bębnach zamiennie dwóch perkusistów: Ireneusz Głyk i fenomenalny Grzegorz Poliszak. O ile Głyk jest świetnym bębniarzem o rockowym feelingu, to Poliszak udowadnia, że należy w Polsce do ścisłej czołówki. Wszechstylowa wszechstronność jest zapewne tym co spowodowało, że jako sideman pracuje m.in. z jedną z największych gwiazd polskiej sceny pop. Szkoda tylko, że tak mało się o nim pisze, bo naprawdę warto. P.S. Płyta miała nominację do nagrody "Fryderyk 2008" w kategorii blues. Jerzy Szczerbakow
Grzech Piotrowski - "Emotronica"Grzech Piotrowski – saksofony, klawisze, programowanie Koło "Emotroniki" trudno przejść obojętnie. Tak, jak w przypadku syropu klonowego – odbiorca albo ją pokocha, albo znienawidzi po pierwszym kontakcie z nią. Dlaczego? Bo okładka nie zapowiada dźwięków, jakie znajdują się na płycie. Zatem bardzo mi przykro, ale wolę to powiedzieć, zanim Państwo po nią sięgną – wszyscy wielbiciele saksofonu a’la Kenny G będą rozczarowani. Natomiast koneserzy chill-outowych brzmień połączonych z żywym instrumentarium będą jak najbardziej usatysfakcjonowani. Grzech Piotrowski serwuje wysmakowany mariaż saksofonu z elektroniką i klubowymi klimatami. Szczególnie polecam utwory: My Emo, Emotronica, oraz Hemoonity. Pierwszy z nich hipnotyzuje niepokojącą linią melodyczną graną przez wiolonczelę (Karolina Grajkowska) i skrzypce (Karolina Szymanowska) – może to tylko moje subiektywne wrażenie, ale harmonia przypomina co nieco (wyśpiewany przepięknie przez Kasię Kurzawską) utwór „Close Your Eyes” Andrzeja Smolika… Druga muzyczna rekomendacja z płyty „Emotronica”, to utwór tytułowy, który zabiera Słuchacza w krainę emocji przetłumaczonych na język komputerów – usłyszymy tam loopy perkusyjne połączone z wpadającym w ucho gitarowym tematem granym przez Dariusza Krupę. Zaś trzeci z polecanych przeze mnie utworów, to liryczna ballada z głosem żeńskim (Kasia Moś), która już po drugim z kolei przesłuchaniu zapewni zupełny relaks przeciążonemu umysłowi i ukoi skołatane nerwy. Wszystkie utwory z płyty zostały napisane i wyprodukowane przez Grzecha Piotrowskiego, zatem mamy tu do czynienia z albumem w pełni autorskim: „Ta muzyka jest jak obraz wewnętrzny. Odzwierciedla stany ducha, w których znajdowałem się podczas nagrań. (…) to pamiętnik, zapis chwil ulotnych.” – pisze na okładce Piotrowski. Po pierwszym przesłuchaniu można odnieść wrażenie, że utwory na płytę powstawały w trakcie ich nagrywania – nie jest to, bynajmniej, zarzut – jedynie luźna uwaga, być może mijająca się z prawdą… Płytę „Emotronica” z czystym sumieniem mogę zarekomendować każdemu, kto słucha muzyki, by się wyciszyć i uspokoić – na krążku nie znajdziemy żadnych spektakularnych wstrząsów, mogących wytrącić Słuchacza z uzyskanej dzięki zarejestrowanym na płycie brzmieniom równowagi. Natomiast wszystkich jazzowych purystów i elektronicznych sceptyków pragnę uspokoić – „Emotronica” zdecydowanie zyskuje przy wykonaniu live. Magdalena Supeł
The Bad Plus Joined by Wendy Lewis "For All I Care"Ethan Iverson - fortepian Bardzo lubię ludzi z poczuciem humoru, zwłaszcza z autoironicznym. Oczywiście doceniam tych, którzy traktują siebie, życie, pracę na poważnie ale czy nie trudniej, albo chociaż nie ciekawiej, jest znaleźć dla siebie perspektywę i zaryzykować żeby się trochę powygłupiać? Oczywiście nie chodzi tu o prymitywne wygłupy, ale inteligentną zabawę: na przykład z konwencją, słuchaczem i własnym instrumentarium. Bo jakże można poważnie potraktować klasyczne trio jazzowe (fortepian, kontrabas, perkusja) jako zaczyn funkowo-rockowej rozróby cały czas mieszczącej się jednak w kanonach jazzu? To co zespół wyprawia na swoich płytach dowodzi, że są na tyle znakomitymi muzykami, że mogą sobie pozwolić na łamanie zasad, że potrafią to zrobić odkrywczo, a jednocześnie w sposób budzący śmiech i podziw. Zeszłoroczna trasa zespołu po Polsce odbywała sie pod hasłem "bracia Cohen jazzu" - lepiej tego nie można określić, bo jeśli ktoś docenia humor twórców filmów "Big Lebowski", "Fargo" czy "Barton Fink" z płytami The Bad Plus będzie mial wiele radości. Jeśli ktoś uważa, że to "nie jego bajka" to... No cóż, nie to dobre co dobre ale to co kto lubi. Na polecanej przez nas płycie w zasadzie jedna, w stosunku do poprzednich, zmiana: ktoś śpiewa (wcześniej zespół grał instrumentalnie): Wendy Lewis. Nieśpiesznym wokalem, bez udowadniania jazzowych inklinacji, raczej z rockowym zacięciem. Co grają na tej płycie? Nirvanę, Pink Floydów czy Yes. Albo Strawińskiego. Do wyboru do koloru. A przy okazji: kiedy słuchałem Comfortably Numb Floydów to tak naprawdę w powykręcanej wersji The Bad Plus dostrzegłem siłę tej kompozycji - niezależnie od zabiegów aranżacyjnych nic nie straciła ze swej urody... Czy warto? Nie wiem ale ja sie ubawiłem. Jerzy Szczerbakow
Jarek Śmietana "Psychedelic – music of Jimi Hendrix"Jarek Śmietana - gitary, wokal Zacznę może od tego, że jestem nieuleczalnym fanem muzyki Jimiego Hendrixa i bardzo trudno jest mi dogodzić różnego rodzaju opracowaniami czy wręcz coverami jego utworów. Dlatego też z dużą nieufnością podchodziłem do nowego wydawnictwa Jarka Śmietany z muzyką wyżej wymienionego. Pierwszym zaskoczeniem po otwarciu koperty okazała się być okładka. Smacznie zaprojektowana z ciekawymi nawiązaniami w postaci ozdobników graficznych i zdjęć z epoki, w którą przenosimy się włączając płytę. Panie Jarku osobiście Panu dziękuję, że nie dokonał Pan daleko idącej operacji plastycznej na przecież i tak już rewolucyjnych kawałkach. Słychać szacunek do tej muzyki i świadomość tego jakie emocje ona niesie. Pomijam unowocześnienia w postaci udziału dj-a i jego scratchów. Do samej formy wnosi to na tyle niewiele, że nie mam z tym większego problemu. Gdy słucha się w oryginale choćby takiego Crosstown Trafic czy Purple Haze energia wydobywająca się z głośników poraża a przypomnę młodszym słuchaczom, że to nagrania z końca lat sześćdziesiątych. Ciężko się jest więc próbować unowocześnić coś co i i tak lata świetlne wyprzedziło całą dekadę. Za to próba rozwinięcia jazzowych korzeni tkwiących w utworach Jimiego naprawdę godna polecenia. Muzyków z zespołu z wielką inwencją towarzyszą leaderowi. Znakomity Wojtek Karolak na hammondzie, Krzysztof Dziedzic na perkusji i Paweł Mąciwoda, dawno nie słyszany w Polsce muzyk światowej legendy rockowej czyli Scorpions na basie są wymarzonymi partnerami do grania tego zestawu utworów. Moim skromnym zdaniem zespół najfajniej buja w rozimprowizowanych najbardziej jazzowych kawałkach Hendrixa takich jak: Rainy Day, Dream Away, Third Stone From The Sun, Up From The Skies. Świetna jest też wersja Manic Depression i Crosstown Traffic z energetycznym solem leadera i zfuzzowaną improwizacją Nigela Kennedy'ego na skrzypcach. Niebagatelny wkład wnosi też inny gość, Maciej Sikała na saksofonie tenorowym, a najbardziej podoba mi się jego klimatyczne solo w "Up From The Skies". Na koniec jeszcze jedno zaskoczenie. Wszystkie utwory śpiewa Jarek Śmietana i mimo a może właśnie dobrze, że nie stara się uciec od stylistyki śpiewania Jimiego, robi to całkiem fajnie. Nie znam Jarka od tej wokalnej strony i z przyjemnością wysłuchałem jego interpretacji. Żadnych niepotrzebnych ozdobników, żadnej walki z materią, lekko i z wdziękiem jak przystało na dojrzałego i świadomego swoich możliwości muzyka a przede wszystkim jednak gitarzystę. Z czystym sumieniem polecam tę płytę. Zdecydowanie jest ona hołdem oddanym genialnemu artyście a nie, co niestety dość często miało miejsce w fonografii, próbą dodania za wszelką cenę czegoś czego dodać się nie da. Hendrix był jeden i poddawanie jego muzyki współczesnemu tiuningowi nic nie da. Robert "Jagoda" Jagodziński
Adam Bałdych "Damage Control"Adam Bałdych - skrzypce elektryczne Debiutancki krążek ekipy DC dowodzi, że elektryczne granie ma się w Polsce znakomicie. Ekipa jaka się zebrała to śmietanka młodych, zdolnych (Bałdych, Tomaszewski) oraz doświadczonych - lecz jeszcze nie starych (Żaczek, Konrad) muzyków polskiej sceny jazzowej. Każdy z tych artystów ma na koncie solowe projekty, z tym większą świadomością tworzą zespołowy organizm. Każdy z nich jest muzyczną osobowością, swoją grą wnosząc konkretne barwy i pomysły muzyczne. Czy warto śledzić dokonania Damage Control? Na pewno, dawno nie zdarzył się na elektrycznej scenie jazzowej zespół z podobnym potencjałem talentu, wirtuozerii, doświadczenia, muzykalności i - co bardzo istotne - otwartości na nowe brzmienia. Oby tylko projekt ten funkcjonował dłużej niż jedną płytę. P.S. Państwa okładka też ma ślady jak po zalaniu herbatą, a Piotr Żaczek nie jest leworęcznym basistą... Niezbyt udany projekt okładki na szczęście w ogóle nie rzutuje na jakość zawartości muzycznej. Jerzy Szczerbakow
Maciej Fortuna & Stefan Weeke Projekt "In The Small Hours"Maciej Fortuna - trąbka, flugelhorn, instr perkusyjne Dwuosobowy projekt trębacza Macieja Fortuny i basisty Stefana Weeke to intymna i nastrojowa opowieść uwodząca głównie przestrzennymi, szerokimi brzmieniami, stonowaną barwą trąbki Fortuny niż dawka muzycznej energii. Poszukiwacze żywiołowych, gorących improwizacji mogą się czuć rozczarowani natomiast wielbiciele muzyki sączącej się z głośników, zawierającej w sobie dużą dawkę emocji ale przekazanej nie za pomocą szybkich i dynamicznych przebiegów, raczej barw i ciszy powinni być ukontentowani. Fortuna potrafi zbudować nastrój minimalnymi środkami - tak mógłby zagrać Nils Petter Molvaer gdyby wyłączyć mu prąd. A basista posługuje się - nie często się to zdarza - akustyczną gitarą basową. I trzeba mu przyznać, że potrafi na niej opowiadać, brzmieniem przypominającym klasyczną, tyle że nisko brzmiącą, gitarę. Nieskomplikowane harmonie, długie i wolne dźwięki - bez gonitwy i napięcia. A na okładce lato, pomost, jezioro, cisza i spokój. Jerzy Szczerbakow
Piotr Żaczek "Balboo"Adam Bałdych - skrzypce
Gościnnie Jahiar Azim Irani - wokal, santur Jeśli nie znasz pierwszej płyty Piotra Żaczka, ale wiesz o tym, że jest muzykiem na stałe współpracującym z Kayah, Poluzjantami, mającym na koncie płyty z Edytą Górniak, Justyną Steczkowską, Alicją Janosz (czy ktoś ja jeszcze w ogóle pamięta), Kają Paschalską (jak powyżej), Smolikiem, Urszulą, i na tej podstawie wyobrażasz sobie jaką płytę mógł nagrać to jesteś bez szans. Jesteś o lata świetlne od pokręconego świata dźwięków jakie brzmią w głowie tego artysty. Zakładam, że jednak wiesz nieco więcej: że oprócz popu (tego z najwyższej półki) Żaq gra w nieco bardziej jazzowych projektach: płyta Cezarego Konrada, Ewy Bem czy zespołu Oxen na przykład. Ale to cały czas jest zbyt odległe od muzyki sygnowanej ZAQ. To muzyczna puszka pandory, bardziej świat muzycznych planów i brzmień niż klasyczny jazz elektryczny. Nie znajdziesz na niej typowego schematu: temat-improwizacja lidera-temat. Nie znajdziesz nawet normalnie brzmiącej basówki. To co tam jest?!? Po pierwszej płycie Żaczka "Mutru" posypały się pochwalne recenzje - tuzy klasy Urszuli Dudziak świadczyli, że wreszcie zdażyło się coś świeżego w polskim jazzie. Na "Balboo" Żaczek idzie za ciosem. Zrezygnował z pojawiających się jeszcze na pierwszej płycie piosenek i zanurkował w głąb własnej mocno "odjechanej" wrażliwości muzycznej. Jak sam pisze na okładce drugiej płyty, cały czas bywa przerażony efektem twórczego "muzycznego szału". Goście chyba jednak przerażeni nie byli, niektórzy nawet zachwycali się materiałem, w którego powstaniu mogli uczestniczyć. Lista zaproszonych muzyków imponuje - oprócz stałego składu zagrali: Leszek Możdżer, Grzech Piotrowski, Jahiar Azim Irani i przede wszystkim znakomity amerykański gitarzysta z niezależnej nowojorskiej sceny David "Fuze" Fiuczynski. Ciężko opisywać dźwięki - zwłaszcza, że te są całkie inne niż inne dźwięki. Jerzy Szczerbakow |
|
||